Ewangelia nie przeszkadza

 

Czytasz ten artykuł zapewne nie przez przypadek. Najprawdopodobniej jesteś wiernym katolikiem, niedzielna Msza już dawno na dobre ugruntowała swoją pozycję w Twoim tygodniowym planie aktywności. Uczestnictwo w niej jest częścią Twojego „ja”, wiesz, że jest ona Twoim miejscem. Masz świadomość, iż stoisz po tej słusznej stronie, wiesz również, że praktykując stajesz się wzorem dla innych. Być może nawet nie jesteś tylko uczestnikiem niedzielnych liturgii, ale aktywnie angażujesz się w działalność przy parafii. Trwasz w życiu jakiejś grupy, chodzisz na spotkania formacyjne, katechezy. Jeździsz na pielgrzymki, a poświęcając swój wolny czas organizujesz wydarzenia kościelne. Znasz osobiście wielu księży, masz ich numery telefonu, z niektórymi jesteś na „ty”. Robisz więcej i jesteś za to doceniany. Wkładasz nie mało trudu, ale dobrze Ci z tym.

Odnajdujesz siebie w całości tego opisu, lub tylko w części. Ale zapewne tak czy siak masz jakieś swoje miejsce, swój utarty sposób uczestnictwa w Kościele. Pewną stałość do której przywykłeś.

Kolejna niedziela, kolejna liturgia, kolejne spotkanie lub kolejna katecheza i po raz kolejny czytana Ewangelia. Każdy ją dobrze zna, każdy się z nią zgadza, niektórzy nawet się nią zachwycają i przy tym wszystkim – nikomu ona nie przeszkadza. Ostatecznie przecież każdy robi swoje i nie jest tak źle. Za niedługo Wielki Tydzień, tyle spraw do przygotowania, tyle nabożeństw, w których warto uczestniczyć. Tak dużo obowiązków w pracy w ostatnim czasie, trudno jest to wszystko pogodzić. Jestem, praktykuję, działam – Kościół jest ze mnie dumny. Nie odbiegam od innych. Już dawno ten stan rzeczy został milcząco zaakceptowany.

A gdyby tak podnieść oczy nieco w górę, spojrzeć trochę wyżej niż tylko otaczająca mnie od dawna rzeczywistość. I przez przypadek dostrzec Jezusa nauczającego na górze błogosławieństw, choć dobrze wiedziałem, że On tam jest. I przysłuchiwać się Jego słowom jak zupełny nowicjusz, odrzucając mój cały dotychczasowy staż i doświadczenie w Jego organizacji. Słuchać jak ten, który jeszcze nie zdążył włożyć Jego nauki do szufladki z napisem „piękna mowa”. Przyjmować Jego słowa jak ktoś, kto jeszcze nie poznał tych wszystkich Jego uczniów, którzy znając słowa Mistrza na pamięć zapomnieli, co one znaczą. Zadziwić się Jego mową. Dostrzec jak bardzo jest ona nie z tej ziemi. Skonfrontować ją ze swoim życiem i ujrzeć, że nie tak trudno o pierwszy krok. I gdyby tak zamykając księgę Ewangelii odejść spod tej góry błogosławieństw z palącym pragnieniem „chcę tak żyć”. I wracać do swoich obowiązków będąc pod wrażeniem cieśli z Nazaretu, który uczy jak ten który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. (Mt 7,29)

O gdyby Ewangelia zaczęła nam przeszkadzać, wyrywać nas ze świętego spokoju. Gdyby zaczęła kłuć nasze serca i budzić pasję stania się naprawdę uczniami Chrystusa. „Znam twoje czyny: nie jesteś ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący! Skoro jednak jesteś letni, a nie zimny ani gorący, wypluję cię z moich ust” słyszy św. Jan w swym objawieniu (Ap 3,15-16) Tak bardzo Bogu zależy, abyśmy nie przechodzili obojętnie nad Jego słowami, żebyśmy nie czynili z nich poezji, a treść życia. Jezus nie był filozofem, był Nauczycielem i to takim, który dał przykład życia według tego co mówił.

Nie oglądajmy się na innych, przełknijmy niezrozumienie, które w sposób nieunikniony pojawi się wokół nas. Zdecydujmy się na indywidualne lekcje u najlepszego korepetytora z życia. Powalczmy o to, aby móc zakosztować, jaki smak ma ta sól, którą się mają stać uczniowie Chrystusa.

Krzysztof Płachno

 
Ewangelia nie przeszkadza

Podziel się

 

Zobacz także:

 
 

1 komentarz

  1. jola pisze:

    piękne!!

 
 

Skomentuj