Jestem ważny dla Boga

 

Z ks. Bogusławem Kastelikiem, ojcem duchownym Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej, rozmawia Michał Tucznio.

Podczas ostatniej audiencji generalnej zeszłego roku Franciszek zwrócił uwagę na to, że Bóg przez swoje Narodzenie chce nas nauczyć pokory. Do niej ma nas prowadzić kontemplacja Dzieciątka Jezus. Czego uczy nas to małe dziecko, o którym przecież tak mało wiemy (Ewangelia nie opisuje dokładnie dzieciństwa Zbawiciela)?

Nauczyć pokory… Bardzo ciekawe stwierdzenie. Dla mnie osobiście oznacza to przede wszystkim przyjęcie Boga. Jak to rozumiem? Gdy jako alumn pierwszego roku pojechałem do rodzinnego Domu na Święta Bożego Narodzenia przechodziłem obok pokoju telewizyjnego, dosłownie „wszedłem” na końcówkę programu poświęconego dzieciom z domów dziecka. I dosłownie ostatnie sekundy programu, pokazujące kilkuletnią dziewczynkę, która trzymając się szczebelków dziecięcego łóżeczka zawołała w kierunku kamery: „weźmiesz mnie”? To pytanie chodzi za mną od tamtej pory, bo przecież Boże Narodzenie w swej istocie jest czymś takim. Jest pytaniem Boga: „weźmiesz mnie”? Tak właśnie widzę pokorę Boga, który dla mnie stał się bezbronny, uniżony, zdany na moją łaskę i niełaskę.

Jak się uczyć pokory Boga? Adoracja Dzieciątka. Tak zwyczajnie, po prostu. Idę do kościelnej szopki, klękam czy siadam, bez zbędnych słów i… patrzę. Patrzę na tę scenę i widzę zwykłą figurkę maleńkiego Jezusa, z wyciągniętymi w moją stronę rączkami. I to pytanie: „weźmiesz mnie”?

Obok przyjęcia Boga, chcę przyjąć prawdę, którą przynosi, bo czyż pokora nie jest ukazaniem się jej blasku? Jaką prawdę przynosi Jezus? Dotarło to kiedyś do mnie w słowach jezuity, o. Karla Rahnera, który zdaje się, że w „Małym roku kościelnym” zapisał ważne słowa: „Kiedy mówimy: jest Boże Narodzenie, to mówimy zarazem: w Słowie Wcielonym Bóg wyrzekł w świat swoje Słowo – ostatnie, najgłębsze i najpiękniejsze. Słowo, którego już nie można cofnąć, bo jest ono ostatecznym czynem Boga, bo jest ono samym Bogiem w świecie. A słowo to brzmi: Kocham ciebie, świecie, i ciebie, człowiecze”. Cóż więc jest moją prawdą? Że jestem bezwarunkowo kochany i przyjęty przez Boga. I dlatego nie potrzebuję się ani wynosić, ani poniżać. Małe Dziecko uczy mnie, że jestem ważny dla Boga. Moją wyjątkowość On potwierdza. A skoro tak jest, to nikt i nic nie może mnie jej pozbawić.

Podczas zeszłorocznej pasterki Ojciec Święty powiedział jasno: „Dziś Syn Boży się narodził: wszystko się zmienia”. Co dokładnie dziś zmienia Boże Narodzenie? Co wnosi w konflikt w Syrii? Jak zmienia problemy Ukrainy? Co zmienia w przerastającym nas totalnie dylemacie związanym z imigrantami? Czym stają się czarne protesty w blasku Narodzenia? Co Dzieciątko Jezus może zmienić w mojej osobistej tragedii; śmierci bliskiej osoby, rozstaniu rodziców, cierpieniu popełnianego grzechu i uczucia bezsensu własnego życia?

Bardzo lubię czytać prolog janowy zastępując wyraz „Słowo”, wyrazem „Sens”. Mieści się to jakoś w znaczeniu greckiego „Logos”. Na początku był SENS. I to mi wystarcza. Bóg jest sensem nie tylko mojej osobistej historii, ale również historii świata: tego, co było, tego co jest i tego, co się wydarzy. Pełnia czasu, w której Bóg zesłał Syna na ziemię oznacza, że wszystko staje się nowe; że Ten, które JEST i jest SENSEM ma na wszystkim swą pieczę. Historyczne warunki przyjścia Syna Bożego na ziemię nie były wcale lepsze niż te dzisiejsze w Syrii czy na Ukrainie. Jak wtedy, tak i teraz lała się krew, przemoc i ludzka nienawiść zbierały obfite żniwo. Bóg zmienił wszystko nie tym znaczeniu, że pozabierał ludziom broń i amunicję i kazał założyć ONZ. Zasadnicza zmiana polegała na tym że, jak to wyraził święty Jan Paweł II w książce „Pamięć i tożsamość”: „złu została wyznaczona miara”. Człowiek jest sam w sobie pęknięty. Nie może więc dziwić, że popękane są jego relacje z innymi ludźmi. Ta bolesność widoczna jest w całej rozciągłości ludzkiej historii: wojny, czarne protesty, brak zaufania do innego – bez względu na to czy jest on imigrantem czy nienarodzonym dzieckiem. Wszystko to, co jawi się przed nami prawie niczym Armagedon jest niczym innym jak wołanie o Odkupiciela: „niebiosa rosę spuśćcie nam z góry” czy „Marana tha”. Dopóki udajemy, że sami radzimy sobie świetnie to świat,  a w nim ludzkie serce jest zamknięte na Boga. Wolimy nieraz nasz ciasny grajdołek, który dobrze znamy i pewnie się w nim czujemy, niż doświadczenie Boga, który zawsze przychodzi zaskakująco – budzi fascynację, ale też lęk. Bóg-Dziecko zdaje się mówić: nie bój się, przynoszę Tobie pokój, którego pragniesz i potrzebujesz.

W kolejnych zdaniach tej samej homilii Ojciec Święty stanowczo stwierdził: „Jeśli weźmiemy to Dzieciątko w nasze ramiona i pozwolimy, aby nas objęło, to przyniesie nam Ono pokój serca, który nigdy się nie skończy”. Ja rozumieć te słowa? Czy niekończący się pokój serca jest możliwy już teraz, na ziemi? W jaki sposób w konkrecie możemy go osiągnąć?

W tych pytaniach kryje się pewne subtelne niebezpieczeństwo. Mianowicie, w rzeczywistości tego świata i tego życia nie jest możliwe niczym niezmącone doświadczenie pokoju serca oraz nie jesteśmy w stanie go osiągnąć, tzn. nie mogę stwierdzić, że jest to moje osiągnięcie. Oznacza to, że w życiu każdego człowieka zdarzają się chwile niepokoju, chwile pustki, poczucie opuszczenia. Widzieliśmy to u niejednego świętego. Pokój jest darem Bożym i jak każdy dar, podlega on absolutnej władzy Boga. To Bóg nim dysponuje i udziela jak chce, komu chce i na jak długo chce. To oczywiste. Bóg może ten dar odjąć, szczególnie wtedy, gdy będzie to służyło naszemu rzeczywistemu dobru i szczęściu. Ponadto, człowiek może się tego pozbawić, m.in. przez wejście w grzech. Wtedy pokój Boży „pryska jak bańka mydlana”, a zamiast niego pojawia się strach. Ten sam strach, który towarzyszył pierwszym rodzicom, ukrywającym się przed Stwórcą.

Dlatego też wydaje mi się, że doświadczenie niczym niezmąconego pokoju serca na tej ziemi nie tyle jest niemożliwe, co bardzo trudne do urzeczywistnienia. Ostatecznie u Boga wszystko jest możliwe. Dar takiego pokoju towarzyszył męczennikom Chrystusa, którzy nierzadko z uśmiechem na twarzy udawali się na miejsca tortur i śmierci. Pokój serca towarzyszy nam także jako owoc właściwego rozeznania duchowego, czyli wtedy, kiedy wybieramy pełnienie woli Bożej. Pokój jest wreszcie możliwy jako objaw czystego sumienia. Człowiek, który postępuje zgodnie z zachętą tego wewnętrznego nauczyciela, oświeconego Bożym światłem, również doświadcza pokoju. Tak więc życie w zgodzie z Bożymi przykazaniami daje sercu pokój.

Jeśli przez chrzest my również staliśmy się dziećmi Boga, to w jaki sposób ma się przejawiać to dziecięctwo? Co ono może oznaczać dzisiaj? Jak Ojciec realizuje swoje dziecięctwo?

Być dzieckiem Boga to wielka sprawa i ogromny zaszczyt. A szlachectwo zobowiązuje. Być dzieckiem Boga, to żyć w postawie zaufania Bogu i przyjmowania wszystkiego, co na mnie dopuszcza i czym mnie obdarza. Zaufanie wobec tego, że Bóg mnie prowadzi drogą właściwą. Sama wiara, jak poucza Katechizm jest przylgnięciem do Boga, wtuleniem się w Niego. W tym widzę przejaw dziecięctwa. Wystarczy uruchomić wyobraźnię, żeby poczuć o co chodzi w przeżywaniu wiary. Czym jest duch dzięcięctwa dziś? Zdaje się, że właśnie tym: Jezu, ufam Tobie, a nie sobie. Bardziej ufam Boskiej dobroci, niż własnej zapobiegliwości. Poza tym staram się tak żyć, aby być chlubą Boga, a Bóg doznaje uwielbienia w żyjącym człowieku, czyli człowieku który, jak zwykło się ostatnio mawiać, żyje na pełnej petardzie. Jestem dzieckiem poprzez to, że strzegę w swym sercu daru łaski Bożej. Sprawą najważniejszą w moim życiu jest życie w łasce uświęcającej. Cała reszta jest tak naprawdę dodatkiem. Uważam, że nie ma ważniejszej sprawy nad życie w przyjaźni, czyli bliskości z Bogiem. Istotnym elementem dzięcięctwa jest posłuszeństwo. Zadaniem dziecka jest słuchanie rodziców. „Szema Izrael” to przecież pierwsze Przykazanie. Zanim Bóg powie: „będziesz miłował” mówi: „słuchaj Izraelu”. Jako dziecko Boże chętnie słucham Słowa Bożego, wyczytując z Niego oprócz ponadczasowej mądrości, konkretne zachęty do zbożnego życia.

W jakich sytuacjach dzisiaj musimy być wyczuleni na przychodzącego Pana?

Jest ich mnóstwo. Ważnym momentem jest troska o ciszę, ponieważ zabija nas zgiełk i jazgot. W ciszy mówi Bóg. To chwila osobistej modlitwy w ciszy. Obok tych momentów jest cały świat ludzkich relacji. Spotkania z innymi są niezapomnianą okazją na spotkanie Boga. W drugim człowieku możliwe jest kochanie Boga miłością bezinteresowną. Było to dla mnie ważne odkrycie. Uświadomiła mi to św. Katarzyna ze Sieny. Skarżyła się Bogu, że nie może Go kochać bezinteresownie, ponieważ człowiek przez Bogiem zawsze jest jak żebrak. Odpowiedź jaką otrzymała była zaskakująco oczywista: bliźni istnieją po to, abyś mogła kochać swego Boga bezinteresownie. Scena sądu ostatecznego, gdzie brzmią słowa: byłem głodny, spragniony, itd., budzą niepokój. Najważniejsze co dziś możemy podarować bliźniemu to czas, którego nikt z nas nie ma pod dostatkiem. Nie można go odłożyć na koncie. Dlatego też poświęcenie czasu bliźniemu jest często heroizmem. Ludzie dziś dużo częściej umierają nie z głodu, lecz z osamotnienia. A jeśli nie umierają, to z całą pewnością wegetują. Nawet człowiek, proszący na ulicy o pieniądze, bardziej niż naszych pieniędzy, potrzebuje zrozumienia i rozmowy. Tak to widzę i tak tego doświadczam.

Abstrahując od egzegetycznego drążenia tematu Mędrców ze Wschodu chciałbym zapytać o to jak rozumieć wydarzenie ich pokłonu? Co powinniśmy przeżywać podczas w czasie święta Objawienia Pańskiego?

Jest jeden szczegół, który w Ewangelii jest szczególnie podkreślony. Są to dary, jakie Bożemu Dziecięciu złożyli w ofierze tajemniczy goście ze Wschodu: Mirra, Kadzidło i Złoto. Zobaczmy przez chwilę, jakie znaczenie mają te symboliczne dary dla nas. Złoto – ono od zawsze fascynowało ludzi. Jako kruszec najcenniejszy zdobiło skronie królów. Przyniesione przez Mędrców jest wyrazem ich wiary w to, że Jezus, małe Dziecię jest prawdziwym Królem. Kadzidło jest symbolem modlitwy i ofiary. Jako symbol działa na zmysł wzroku i powonienia. Od starożytności było przeznaczone dla Boga, a dodatkowego znaczenia nabierało w rękach kapłana. Oddając ten dar Jezusowi, Mędrcy uznali w Nim Boga, bo kadzidło ofiaruje się tylko Bogu. Mirra – to ostatni dar złożony w ubogiej grocie, u stóp Dziecięcia. Mirra jest gorzka, a zatem jest znakiem cierpienia. Zmieszana z octem była podawana skazańcom, aby złagodzić ich męki. Z Ewangelii wiemy, że Jezus nie przyjął tego środka odurzającego, ponieważ świadomie chciał przeżyć swoje cierpienie.

O tych trzech darach złożonych Jezusowi wspomina Ewangelia, ponieważ mają one odniesienie także do naszego życia. Przecież i my przybywamy oddać pokłon Jezusowi. Zawsze, ilekroć wchodzimy do świątyni, idzie o to, aby oddać Bogu żywemu pokłon. Zwracam uwagę na fakt, że pogańscy Mędrcy upadli na twarz, czołem dotykając ziemi, oddali pokłon Panu. Przecież nic się nie zmieniło; ten Jezus, którego adorowali Mędrcy jest dziś w Tabernakulum – ten sam co wtedy.

Złoto, kadzidło i mirra. Dzisiaj tym Mędrcem ze Wschodu jest każdy z nas. Za każdym razem, kiedy w świątyni wrzucam do koszyka pieniądz, ofiaruję złoto. Swoim bogactwem, a czasami niedostatkiem dzielę się z innymi. Kadzidłem jest modlitwa – bo moja modlitwa z tego miejsca wznosi się do Boga niczym dym kadzidła. Mirrą jest moje cierpienie, które przeżywam świadomie z Jezusem i tu, Jezusowi o nim opowiadam.

Serdecznie dziękuję za rozmowę!

 
Jestem ważny dla Boga

Podziel się

 

Zobacz także:

 
 

0 komentarzy

Możesz być pierwszy, który rozpocznie dyskusję....

 
 

Skomentuj