Msza Mszy (nie)równa

 

Pewnie każdy z nas zaobserwował takie zjawisko, że podczas jednej Mszy jakoś jest mu łatwiej się skupić i duchową ją przeżyć, a podczas innej gorzej. Różnica ta wciąż pozostaje nawet jeśli weźmiemy poprawkę na naszą indywidualną duchową dyspozycję danego dnia. Skąd zatem to się bierze? Czyżby jedna Msza Święta miała by być bardziej obfitsza w łaskę od innej? Czy może ilość odprawianych Mszy w danym momencie na całym świecie lub sumaryczna ilość osób w nich uczestniczących powoduje, ze dana pula Bożego błogosławieństwa musi zostać podzielona na więcej lub mniej dusz, przez co jej jednostkowa racja jest obfitsza lub uboższa?

Oczywiście, że nie i zapewne nikt nie wziął tych prowokacyjnych pytań na poważnie. Nikogo bowiem nie trzeba raczej przekonywać, że każda Msza Święta o ile ważnie odprawiona, niesie taki sam duchowy potencjał, a ilość procentowa Eucharystii w Eucharystii jest za każdym stała. Jaka jest więc odpowiedź na postawione wyżej pytanie? – Złożona. Trzeba bowiem zacząć od tego, że to jak duży duchowy skutek ma dla nas udział w Mszy nie jest mierzalne za pomocą naszych odczuć. Zależy on od wiary przyjmującego sakrament, a ta z kolei, często nie wtedy jest najsilniejsza, kiedy czujemy się duchowymi herosami, ale kiedy cierpimy duchową pustkę i mrok i znosimy je resztkami nadziei. Potwierdza to św. Paweł: „ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny” (2 Kor 12,10).

Jednakże, z drugiej strony, nie można całej sprawy sprowadzić do tego, że nasze odczucia są (całkowicie) niezależne od stanu duchowego. Bo choć nie zawsze wyraźnie i dokładnie, to jednak jesteśmy w stanie w jakimś stopniu poznać jak głęboko przeżywamy liturgię Mszy. To nasze uczestnictwo w liturgii zależy przede wszystkim od nas – od naszego uformowania, dojrzałości duchowej, a także czysto ludzkiej, jakości naszego chrześcijańskiego życia, i w końcu od naszego bezpośredniego przygotowania się do Mszy, na przykład przez chwilę wyciszenia. Ale i tak wypełniając te punkty wzorowo, wciąż będziemy podatni na wpływ czynników zewnętrznych, które albo mogą nam pomóc, albo przeszkadzać. Te można podzielić na trzy typy.

Po pierwsze duży wpływ na nasze przeżywanie Mszy mogą mieć czynniki czysto fizyczne. Panująca temperatura, jakość nagłośnienia, wygoda ławki na której siedzimy. Trudno jest się skupić na liturgii, kiedy w kościele jest przenikliwie zimno, kiedy nie słychać dokładnie kazania, kiedy jest tłum i ktoś mi zasłania ołtarz lub kiedy szczebel w ławce wyjątkowo wyraźnie daje nam znać o swoim istnieniu albo kiedy nie ma gdzie usiąść i drętwieją mi nogi. Te wszystkie niedogodności mogą bardzo odciągać naszą uwagę od tego co w danym momencie istotne, ale nie są niemożliwe do przezwyciężenia, gdy ktoś ma ku temu silną wolę.

Patrząc ogólnie, takie aspekty fizyczne mają to do siebie, że pomóc nam raczej nie mogą, a najwyżej mogą nam nie przeszkadzać. Jest oprócz nich druga grupa czynników, która może już mieć wpływ mocno pozytywny. Są to te wszystkie związane z tak zwaną atmosferą, na którą najczęściej wpływają: miejsce, oświetlenie, muzyka liturgiczna, barwa głosu czy sposób mówienia kapłana. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że ciut inaczej nam się modli będąc w średniowiecznej gotyckiej bazylice, rozświetlonej kolorowymi promieniami słońca wpadającymi przez witraże, a inaczej w jednym z betonowych nowohuckich kościołów. Tak samo – jeśli śpiewane są jakieś wielogłosowe pieśni, albo jeśli po księdzu przewodniczącym Mszy widać, że robi to z wielkim szacunkiem i powagą to nawet jeśli wpadliśmy na Mszę w ostatniej chwili, zupełnie rozkojarzeni, to sam ten nastrój (we właściwym rozumieniu tego słowa) panujący w świątyni, może nas w ciągu chwili przysposobić do spotkania z Bogiem.

Trzecią, ostatnią grupą czynników, które mają wpływ na nasze przeżywanie Mszy – jest wiara tych z którymi jesteśmy uczestniczymy w tej liturgii. Często sobie tego nie uświadamiamy, ale związki rodzinne, przyjacielskie, czy także to że z kimś tworzymy jedną wspólnotę eucharystyczną powoduje, że wpływamy na siebie nawzajem także na poziomie duchowym. Grzech rodziców, odbija się na stanie duchowym dzieci, ale i w drugą stronę – pobożne i cnotliwe życie męża wpływa duchowo, nie tylko socjologicznie, na żonę. Tak więc mimo, że pobożność kapłana sprawującego Eucharystię nie ma wpływu na ważność sakramentu, to jednak ma wpływ na tych, którzy razem z nim w niej uczestniczą.
Podsumowując – nie zachęcam do churchingu (czyli wybierania sobie kościoła, gdzie Msza mi najbardziej odpowiada) ale uważam, że warto sobie uświadamiać co wpływa na nasze uczestnictwo Mszy, aby móc skuteczniej walczyć o to, by było ono jak najlepsze.

Krzysztof Płachno

 
Msza Mszy (nie)równa

Podziel się

 

Zobacz także:

 
 

0 komentarzy

Możesz być pierwszy, który rozpocznie dyskusję....

 
 

Skomentuj