O kryzysie z ks. Antonim Bartoszkiem

 

KS. DR HAB. ANTONI BARTOSZEK – dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, teolog – moralista, kapelan Ośrodka dla Niepełnosprawnych w Rudzie Śląskiej.

 

– Pierwsze pytanie, trochę zaczepne: Co dobrego chrześcijanin może mieć z kryzysu?

– Kryzys może też osłabić człowieka, może doprowadzić do zniechęcenia, do rozpaczy, nawet do odejścia od Boga. Z drugiej jest strony kryzys może być uprzywilejowanym miejscem rozwoju osobowego. Człowiek stając w obliczu skrajnej sytuacji, może wyzwolić w sobie nowe siły duchowe. Kryzys staje się często momentem przełomowym, który może doprowadzić do odkrycia takich pokładów prawdy, których człowiek do tej pory nie widział. Przykładem takiego kryzysu jest choroba, czy strata kogoś bliskiego. Człowiek w obliczu takich doświadczeń podejmuje często namysł nad sobą, nad własnym życiem i nieraz zaczyna się otwierać na wartości duchowe albo ustawia sobie nową hierarchię wartości. Wszystko co do tej pory wydawało mu się ważne – kariera, pieniądze, prestiż społeczny – teraz postrzega jako niewiele warte, a zaczyna odkrywać takie wartości jak miłość, rodzina, wiara.

– Rozmawiamy w kontekście Roku Wiary. Jak odkryć, że to co w danej chwili przeżywam jest kryzysem?

– Na kryzys wiary można spojrzeć w dwojaki sposób – może być niezawiniony lub zawiniony. Najpierw ten pierwszy – niezawiniony. Wróćmy do wcześniejszych rozważań. Wielkiego cierpienia czeto wali się świat pod nogami i w tym doświadczeniu pojawiają się pytania o Boga i do Boga: Panie Boże, czy Ty jesteś Wszechmogący, Miłosierny, jeśli dopuściłeś na takie cierpienie w moim życiu. Panie Boże, czy Ty w ogóle jesteś? Jest to etap targowania, buntu, czasem nawet negacji, ale ostatecznie może on doprowadzić do autentycznego pogłębienia wiary, bardziej radykalnego przylgnięcia do Pana Jezusa. Czymś innym jest natomiast zawiniony kryzys wiary. Jeżeli człowieka zaczyna dobrowolnie od Boga się oddalać…, jeśli zaczyna czytać wyłącznie literaturę antyreligijną i ateistyczną…; jeśli przestaje się karmić słowem Bożym, przestaje się modlić… Można wówczas powiedzieć, że dobrowolnie doprowadził się do sytuacji kryzysowej, która może mieć wpływ destrukcyjny i całkowicie zamknąć mnie na Boga.

– Wczoraj dzwonił do mnie gimnazjalista, ministrant z poprzedniej parafii. Załamany bo jego rodzice się rozwodzą, ojciec wpadł w alkoholizm. U niego pojawia się kryzys wiary na tle problemów rodzinnych. Z czym iść do takiego człowieka?

– Ten młody człowieka doświadcza wielkiego cierpienia i nie możemy dziwić się, że on stawia pytania: Gdzie jest Bóg? On nawet może powiedzieć: Nie ma Boga! Winniśmy być w obliczu takich stwierdzeń bardzo być ostrożni i delikatni, na pewno nie możemy uznawać, że oto ten człowiek już stracił wiarę i jest niewierzący. Jego słowa stanowią wyraz zranień, są faktycznie wołaniem o pomoc. Ksiądz zadał pytanie: co my mamy robić. Nie ma prostej odpowiedzi, ale jedna myśl jest tu bardzo ważna: przy tym młodym człowieku trzeba być. Być w sensie towarzyszenia duchowego. Nie chodzi tu o wygłoszenie wykładu z teologii fundamentalnej, czy z metafizyki, poszukującego odpowiedzi na pytanie – skąd zło. To w takim momencie człowieka nie interesuje tego człowieka. Obecność przy człowieku, deklaracja „będę się za ciebie, za was modlił”, albo „pomódlmy się razem”; trzeba też dać możliwość wypowiedzenia, a nawet wykrzyczenia uczuć, wątpliwości, pytań. To wszystko będzie pomocą w wędrówce przez „ciemną noc wiary”.

– 6 lat temu przygotowywałem tego chłopaka do Komunii św. Pamiętam zapał i chęć poznawania Pana Boga. Dzisiaj słyszę, że nazywa Dobrego Ojca Absolutem.

– Może ma trudności, by zobaczyć w Bogu kochającego Ojca, gdyż słowo ojciec prawdopodobnie kojarzy mu się z rodzicem, nadużywającym alkoholu. Możliwe, że obraz ziemskiego rodzica rzutuje na jego relację z Bogiem, na obraz Boga. W III części Dziadów Konrad przeżywający kryzys mówi w Improwizacji: „Kłamca, kto Ciebie nazwał miłością, jesteś tylko mądrością”. W sytuacjach kryzysowych pojawia się w miejsce Miłującego Boga „Absolut” – jak u tego młodego chłopaka, czy „zimny Sędzia”, jak u Konrada, który co prawda jest mądry, ale pozostaje niewrażliwy. Jeśli będziemy towarzyszyć temu człowiekowi, to jest szansa, że ostatecznie odkryje właściwy obraz Boga. W tym sensie kryzys może prowadzić do czegoś dobrego, mimo że jest złem samym w sobie. Cały ten proces może trwać wiele tygodni, miesięcy a nawet lat.

– Gdzie kończy się odpowiedzialność wynikająca z ludzkiej wolności, a gdzie zaczyna się moment, w którym mogę powiedzieć: Panie Boże, czemu Ty mnie tak doświadczasz?

– Odpowiedzialność człowieka wiąże się z jego wolnością. Wolność może być ograniczona w skutek różnych czynników psychicznych i społecznych. Wtedy odpowiedzialność maleje. Mówimy o niewierze zawinionej i niewierze niezawinionej, tak jak o kryzysie zawinionym i niezawinionym. Nie jest oczywiście łatwo zdiagnozować niewiarę zawinioną; na pewno przejawami takiej niewiary jest to, o czym mówiliśmy wcześniej, że człowiek dobrowolnie przestaję się modlić, że przestaje realizować praktyki religijne. Czymś innym są niezawinione zachwianie w wierze. Dramatyczne okoliczności osłabiają siły duchowe i wtedy odpowiedzialność moralna jest mniejsza. W takich okolicznościach człowiekowi trzeba pomóc, a nie osądzać go, by nie stracił z oczu Boga. Pamiętajmy, że gdy ktoś w kontekście wielkiego cierpienia zaczyna buntować się, a nawet krzyczeć pod adresem Boga, to nie jest to przejaw jego niewiary, jest moment poszukiwania i wołania o pomoc. I my powinniśmy przy takim człowieku być, jako otoczenie, jako wspólnota Kościoła, jako duszpasterze. Oczywiście przy takim człowieku winna być przede wszystkim rodzina.

– Mamy XXI wiek. Ogromna pogoń za pieniądzem, karierą i bogactwem. Słowo kryzys kojarzy się nam głównie z ekonomią oraz problemami społecznymi. Jak w Kościele ustrzec się przed spłyceniem tego tematu?

– Papież Benedykt XVI w swoim nauczaniu mówi bardzo często, że kryzysy polityczne, gospodarcze, ekonomiczne są przejawem bardziej podstawowego kryzysu – kryzysu człowieczeństwa, kryzysu antropologicznego, kryzysu sumienia. Kryzysy pochodne wynikają stąd, że człowiek nie żyje zgodnie z zasadami sprawiedliwości, poszanowania godności drugiego człowieka, żyje natomiast kategoriami własnego interesu, biznesu i korzyści. Problem zaczyna się w nas, a nie w anonimowym kryzysie światowym. Jan Paweł II wypracował kategorie „struktura grzechu”, „struktura zła w świecie”. Możemy powiedzieć, że światowy kryzys gospodarczy to struktura zła. Jan Paweł II dopowiada jednak ważne zdanie, że za struktury grzechu i zła zawsze są odpowiedzialne konkretne osoby, a nie jakieś anonimowe siły. Człowiek winien postawić pytanie, o to czy nie znajduję się właśnie w kryzysie, w tym kryzysie zawinionym, wynikającym z własnych zaniedbań, w kryzysie, który może doprowadzić do całkowitej destrukcji, zagrożenia mojego życia duchowego. Reformę wielkiego świata zaczyna się o przepracowania mikro kryzysów, które są w nas.

– A jak Kościół w Polsce radzi sobie z kryzysem pogłębionej religijności?

– Czasem zarzuca się Kościołowi w Polsce, że uprawia masówkę. Oczywiście, cieszymy się z tego, że ciągle wiele osób przychodzi do naszych świątyń. Pan Jezus też przemawiał do tłumów. Obok tego ważne jest, aby Kościół formował uczniów, tak jak Jezus i wreszcie, by docierał do konkretnych osób i ich problemów. Czy to robi w sposób wystarczający? Zawsze możemy powiedzieć, że można robić więcej, intensywniej.

– Najpierw podam negatywny przykład. Kiedyś proboszcz pewnej parafii podzielił się ze mną swoim problemem: Wiesz, przyszła do mnie kobieta, która bardzo intensywnie i w wielkim bólu przeżywała śmierć swego dziecka. Co ja mogłem zrobić? – posłałem ją do psychologa – mówi mi tamten ksiądz. Niestety nie miałem wtedy odwagi i nie zareagowałem na tę historię. Jednak w myśli zrodził się wielki dystans wobec takiej reakcji księdza. Myślałem wtedy: coś ty mądrego zrobił. Jeśli ktoś przychodzi do Ciebie w doświadczeniu trudnej żałoby, to przecież zadaniem wspólnoty Kościoła jest, aby być z tym człowiekiem i mu pomagać przejść przez tę ciemność, o czym już mówiliśmy. Wspólna modlitwa z tą kobietą, wysłuchanie jej, zaproponowanie odprawienia Mszy św., zaproszenie do wspólnoty modlitewnej – to tylko niektóre możliwości, jakimi prawdopodobnie dysponował tamten ksiądz.

– Teraz przykłady pozytywne – coraz więcej pojawia się wspólnot dla osób, znajdujących się w konkretnych kryzysach. Są działające przy parafiach grupy dla osób po stracie dziecka; ostatnio dowiedziałem się, że jeden z księży prowadzi grupę małżeństw, które mają problemy z płodnością. Pojawiają się wspólnoty dla osób, których małżeństwo się rozpadło. Trzeba równocześnie dodać, iż kontekście określonego Krzysiu nie trzeba szukać specjalistycznej grupy wsparcia. Lekarstwem może być udział w grupie modlitewne, czy też wyjazd na rekolekcje, np. na rekolekcje ignacjańskie. Dzięki tego typu inicjatywom i działaniem człowiek zagubiony, czy też znajdują się w kryzysie znajdzie szybko drogę do właściwego miejsca, w którym odnajdzie duchowe siły.

– To z pewnością wartościowe inicjatywy widziane troskliwym okiem Kurii albo Wydziału Teologicznego, ale z punktu widzenia zwykłego duszpasterza w parafii w Nowej Hucie odwiedzającego blisko 1000 mieszkań w czasie kolędy, problem jest inny: Jak zachęcić tych, którzy mają problem, by spróbowali go rozwiązać przy pomocy wspólnoty Kościoła?

– Na pewno chodzi tu o dwie sprawy: z jednej strony zadaniem wspólnoty parafialnej jest tworzenie przestrzeni, w których człowiek może znaleźć bezpieczną przystań. Proszę zauważyć, iż większość inicjatyw, które przywołałem działa właśnie w parafiach, czyli bardzo blisko zwykłego człowieka. Z drugiej strony – trzeba formułować zaproszenia, tak jak czynił Pan Jezus: Przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście. Musimy ośmielać ludzi, musimy dobrze informować o poszczególnych inicjatywach, np. poprzez strony internetowe, czy gazetki parafialne.

– Czego parafianie mogą się spodziewać od Księdza w Roku Wiary?

– Nie pracuję jako duszpasterz w parafii, jednak poza pracą w Wydziale Teologicznym jestem kapelanem w ośrodku dla niepełnosprawnych, mieszkając między nimi. Zadawaliśmy sobie pytanie: co robić, aby nie przespać Roku Wiary. Wspólnotowo doszliśmy do przekonania że trzeba pogłębiać modlitwę. Już od kilku lat mamy w dni powszednie adoracje Najświętszego Sakramentu, w godzinach od 6 do 7 rano. Chcemy tę adorację zintensyfikować; wymyśliliśmy też, że w ramach adoracji będziemy czytać codziennie przez kilka minut czytać pierwszą część Katechizmu Kościoła Katolickiego, dotyczącą wiary. I tak czynimy, a po przeczytaniu danego fragmentu jest modlitwa, dotycząca tego aspektu wiary, który wyłania się z tekstu. To jest nasza propozycja na Rok Wiary.

– Ksiądz jednak postawił to pytanie szerzej. Wydaje się, że potrzebne są dwa kierunki: z jednej strony cenne będą wszystkie, tzw. akcje, np. wielkie akcje ewangelizacyjne, choćby ta w Krakowie na stadionie oraz w Sanktuarium w Łagiewnikach. Z drugiej jednak strony nie można Roku Wiary sprowadzić do akcji i do ich mnożenia. Może warto na nowo przemyśleć już istniejące działania duszpasterskie i tchnąć w nie nowego ducha. Wspomniał ksiądz o kolędzie, a może by podczas pobytu w rodzinie, sprowokować rozmowę wokół pytań: jak oceniacie Waszą wiarę? Co robicie, żeby ją pogłębić? Oczywiście nie chodzi o to, by ludzi przepytywać, ale o to, by pobudzić do refleksji nad swoją wiarą. Niektórzy przejdą obojętnie wokół tych pytań, ale na pewno przynajmniej część podejmie temat. W Roku Wiary nie trzeba mnożyć akcji, ale na pewno należy pogłębiać te działania, które w naszych wspólnotach już istnieją.

– Dziękuję za rozmowę oraz wskazanie kierunków działania w pracy duszpasterskiej.

 

ks. Łukasz Ślusarczyk

 
O kryzysie z ks. Antonim Bartoszkiem

Podziel się

 

Tagi

, ,

Zobacz także:

 
 

0 komentarzy

Możesz być pierwszy, który rozpocznie dyskusję....

 
 

Skomentuj