Spór na wsi

 

Jest rok 2018. W maleńkiej podkrakowskiej wsi Filipowice życie toczy się bardzo spokojnie i sympatycznie. Wszystkie dni są do siebie bliźniaczo podobne. Codziennie kilka starszych kobiet o poranku wraca z kościoła, dzieci maszerują nowym chodnikiem do szkoły, młodzi jadą po nauki do miasta, a emeryci pędzą do Krzeszowic ustawić się w kolejce do lekarza. I tak dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem… Wszystko poukładane, stateczne, jakby zaprogramowane i z góry przeznaczone.

Niczym niezmącony spokój i wiejską sielankę przerwało jednak tajemnicze ogłoszenie, które znalazło się na słupie pod szkołą, koło sklepu i przy kościele. Ludziska przecierali oczy ze zdumienia. Nie mogli uwierzyć własnym oczom. Do nich, na wieś, mają przyjechać jakieś „profesury” z Anglii i Norwegii żeby przekonywać chłopów, że nie są chłopami, a baby, że nie są babami. Świat się przekręcił do góry nogami. Jedno małe ogłoszenie spowodowało ferment nieznany we wsi od czasu kiedy Franek Kowalski nie przyjął w stanie wojennym księdza po kolędzie.

We wsi zawrzało. Obudziło się KGW (dla niewtajemniczonych Koło Gospodyń Wiejskich), Rada Sołecka uchwaliła rezolucję, swoje, jak zawsze, dołożył ks. proboszcz z ambony. Został zawiązany Komitet Obrony Moralności, na którego czele stanął wiejski aktywista społeczny i religijny Szczepan Kłeczek zwany popularnie Krzokiem. Nie trzeba było jednak długo czekać na odezwę skrzydła młodych wiejskich feministek, które po naukach w mieście chciały na wsi zaprowadzić europejskie porządki. One również założyły Europejski Komitet Porządku Wiejskiego.

Spokój i cisza, których było pełno we wsi od czasów II wojny światowej zostały zmącone przez nieznanych nikomu ludzi. Doszło do starcia dwóch komitetów. Na placu przed kościołem obrzucali się wyzwiskami, wyciągając publicznie grzechy wszystkich rodzin ze wsi kilka pokoleń wstecz. Musiała interweniować Straż Miejska, do zebranych próbował przemawiać sołtys i dyrektor szkoły. Porozumienia jednak nie osiągnięto. Nie doszło nawet do zawieszenia broni, a wręcz przeciwnie sytuacja wymknęła się zupełnie spod kontroli.

Kiedy zbliżał się czas wizyty gości z zagranicy do Filipowic ściągnięto posiłki policyjne z Krakowa. Do obydwu komitetów dołączali ludzie z sąsiednich miejscowości. Lekką przewagą zaczął odnosić Komitet Obrony Moralności. Jaśnie oświeconym feministkom zaczynało w którymś momencie brakować argumentów. Kiedy już nie wiedziały co mają mówić piszczały wniebogłosy i pieniły się na twarzy tak mocno, że jedyne bociany ze wsi zaczęły się zastanawiać nad odlotem do ciepłych krajów bo już nie mogły tego wytrzymać.

Nadszedł wyznaczony dzień spotkania. W Dyskusyjnym Klubie Wiejskim nie widziano takich tłumów od czasów wesela starego sołtysa z gospodynią księdza proboszcza. Wszędzie Policja i Straż Miejska. Komitet Obrony Moralności przybył na spotkanie z argumentami rozumowymi i siłowymi. W obwodzie, za lasem czekali chłopcy, którzy znają się na sprawie bo nie jeden raz już tłumaczyli na dyskotekach przypadkowym przechodniom, która wieś jest najpiękniejsza na świecie. Brakowało jednak przedstawicielek EKPW. Okazało się potem, że każdą z nich poprzedniego wieczoru odwiedziła bojówka w składzie: organista, kościelny i grabarz. Nieświęta trójca przedstawiła szlachetnym niewiastom argumenty wskazujące na to, że ich poglądów nie da się dłużej rozpowszechniać na wsi: bo tutaj jak kto się chłopem urodził nigdy nie będzie babą i na odwrót.

Spotkanie przebiegło w nadzwyczaj miłej atmosferze. „Profesury” powiedziały swoje w obcych językach i czekały na tłumaczenie. Okazało się jednak, że tłumacze nie dotarli na to spotkanie z przyczyn zupełnie obiektywnych. W Krzeszowicach podczas obiadu fundowanego przez najbogatszego mieszkańca wsi, obydwaj tłumacze dostali ogromnych boleści brzusznych i do końca dnia nie mogli opuszczać toalety. O nieobecność innych tłumaczy na spotkaniu postarali się już chłopcy cierpliwie czekający na swoją szansę w lesie.

Po pożegnaniu ludzi nauki na mównicę wyszedł prezes Komitetu Obrony Moralności zwany przez wszystkich Krzokiem i oznajmił najpoważniejszym głosem na świecie: dopóki jo tu bede mioł coś do powiedzynio, dopóki probosc bedzie tutoj proboscem, a sołtys sołtysym dotąd nigdy chłop w naszy wsi nie stanie się babą i na łodwrót. Tak mni wyucyli ojcowie, tak stoi w Piśmie i tak godo ks. probosc. Jak się kto urodził chłopem to chłopem pozostanie i ni może być inaczy. Jeśli to kumuś nie pasuje to niech się stąd wyprowadzi, ino bardzo daleko, zebymy go już nigdy tu nie zobocyli. Przy niesamowitym aplauzie publiczności zakończył ideologiczny spór na wsi.

 

Ks. Łukasz Ślusarczyk

 

 

P.S. Tekst jest fikcją literacką. Powstał w wybujałej wyobraźni autora.   

 
Spór na wsi

Podziel się

 

Zobacz także:

 
 

1 komentarz

  1. jola pisze:

    super!!!

 
 

Skomentuj