Sumienie miał czyste, nieużywane

 

KS. DR BOGUSŁAW MIELEC – moralista, wykładowca teologii moralnej Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie

 

– Według Katechizmu Kościoła Katolickiego, sumienie to miejsce, w którym rozbrzmiewa prawo moralne przynaglające do czynienia dobra, a unikania zła. Czy w takim miejscu zapewnienie czystości i utrzymania porządku możliwe jest rzeczywiście tylko wtedy, kiedy nikt tam nie wchodzi – jak we fraszce Stanisława Jerzego Leca?

– Zacytowana fraszka Leca ma żartobliwą i sarkastyczną wymowę. Jej celem jest pobudzić nas do głębszego myślenia także przez żart, ironię, a nawet sarkazm. Gdyby bowiem brać ją dosłownie, trzeba by np. stwierdzić: „rozum miał całkiem w porządku, gdyż go nie używał”! Ale mówiąc poważnie: jest w tym jakaś aluzja do dramatu moralnego, jaki charakteryzuje nasze wybory. Zawsze jesteśmy pomiędzy dobrem a złem, nigdy „poza dobrem i złem”, jak chciał Fryderyk Nietzsche. Lub „obok/poza dobrem i złem, jak łudzi się wielu z nas – współczesnych „obywateli” tego świata” i tego państwa. Taka jest ludzka kondycja i o tym mówi Katechizm naszego Kościoła. I w tym sensie nie da się „nie używać sumienia” w większości życiowych sytuacji. Czyli nie oceniać, nie wybierać.

Dlatego tak ważne jest, kto wchodzi do sanktuarium mojego sumienia. Czy są to prawdziwi czy fałszywi „prorocy”. Pierwszy, który tam już jest, to Bóg – Autor tego głosu: „czyń dobro, zła unikaj”. A ponieważ każdy z nas jest człowiekiem dzięki innym ludziom, w sumieniu pojawiają się najpierw rodzice, potem nauczyciele, rówieśnicy, inne, znaczące dla mnie osoby. Rzecz w tym, czy są to prawdziwi, czy fałszywi świadkowie prawdy, co jest dobre, a co złe. Bo sumienie od ogólnego imperatywu: „czyń dobro, a unikaj zła” musi przejść do konkretu: co w danej sytuacji jest tym dobrem, a co złem? I wtedy zaczynają się „przysłowiowe schody”, czyli trudność rozpoznania, osądu i wyboru.

Innymi słowy, nasze sumienie zbudowane jest z dwóch elementów. Pierwszym jest fundament, którego nie widać. Katolicy, idąc za starożytnymi myślicielami nazywają go synderezą. To jest właśnie ten, wspomniany już dwukrotnie, wewnętrzny nakaz. Ktoś nazwał to „ogólną motywacją”. Ten fundament łączy nas wszystkich jako ludzi. Natomiast to, co widać w naszych konkretnych wyborach, nazywamy „conscientia”, czyli „współwiedzą”. Na nią, jak twierdzi wybitny chrześcijański myśliciel, św. Tomasz z Akwinu, wpływają 2 czynniki. Pierwszy to mądrość życiowa („sapientia”), zasadnicza postawa światopoglądowa. Drugim jest nasza wiedza teoretyczna i praktyczna („scientia”) o życiu: faktach, sytuacjach itp. Stąd biorą się różnice w sumieniach poszczególnych osób. I sprawdza się to, co kiedyś powiedział zmarły niedawno rosyjski premier W. Czernomyrdin (oceniając politykę swego gabinetu): „chcieliśmy dobrze, ale wyszło, jak zawsze”.

– Skąd wiemy, że sumienie zawsze ma rację: nie jest nadwrażliwe lub otępiałe, uśpione? Jak rozbudzić uśpione i jak uśpić nadmiernie rozbudzone sumienie?

– Otóż właśnie tego nie wiemy. Sumienie nie jest automatem. Zresztą w świetle tego, co powiedziałem powyżej, jeśli nawet byłby to automat, to nastawia go wielu „techników”, a oni mogą się mylić. Gdybyśmy odrzucili możliwość takiej pomyłki, bylibyśmy bezbronni wobec samych siebie i innych. W pierwszym przypadku można podać taki przykład: „spontanicznie” w pewnych chwilach jestem nerwowy i agresywny. A zatem czy to, co zrobię pod wpływem gniewu, musi być obiektywnie dobre? Oczywiście, że nie i życiowe doświadczenie to potwierdza. W przypadku innych ludzi przykładów jest wiele. Twórcy hitlerowskich obozów koncentracyjnych czy sowieckich łagrów twierdzili, że tak kazało im „sumienie” – partyjne, proletariackie. A jednak skrzywdzili innych w niewyobrażalny sposób. Albo przykład z codziennego życia: czy mam pogodzić się z tym, że ktoś mnie okradł, gdyż takie jest jego złodziejskie „sumienie”?

Kiedy więc moje sumienie jest błędne, a kiedy prawdziwe? Liberałowie sądzą, że wskazówką jest tu wolność drugiego człowieka. Granicą mojej samowoli jest wolność drugiego. Jest to cenna wskazówka, ale niewystarczająca. Gdyż wolność drugiego może być też błędna. Gdyby tak nie było, rodzice nie mogliby wychowywać dzieci, a społeczeństwo musiałoby zezwalać na wszystko. Wolność jest sobą, o ile jest prawdziwa, czyli zmierza do dobra. Dlatego wiele religii i wielu mędrców (np. judaizm, chrześcijaństwo czy konfucjonizm) posługuje się tzw. „złotą zasadą”. Potocznie brzmi ona: „nie czyń bliźniemu, co tobie niemiłe”. Jezus wyraził ją tak: „Wszystko…co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie” (Mt 7, 12). Lecz co robić, jeśli nasze „chcenie” jest błędne? Dlatego tę złotą zasadę, my, chrześcijanie i żydzi rozumiemy w świetle Dekalogu i dwóch przykazań miłości. Tam kryje się prawdziwe dobro. Ale do jego chcenia dorasta się powoli i z trudem.

– Czy nad sumieniem należy pracować? Jak ma wyglądać taka praca nad sumieniem?

– A nad czym w życiu nie trzeba pracować? Choć nie zawsze się chce! Wyspiański trafnie zauważył: „A, ja myślę, że panowie dużo by już mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć!” („Wesele” – Czepiec do Dziennikarza). Problem zatem jest zawsze ten sam: „żeby nam się chciało chcieć”.

Teologia, czyli rozumny namysł nad wiarą, jaką głosi Pismo Święte i Tradycja Kościoła, tłumaczy to „smsowo”: ponieważ wszystko jest darem Boga, jest też zadaniem człowieka. Również, a może przede wszystkim, sumienie. Praca nad nim jest dwuetapowa. Pierwszy etap można nazwać „naturalnym”, ludzkim. Oznacza to, że wszyscy ludzie, wierzący i niewierzący powinni to czynić przez całe swoje życie. Zarówno wszyscy sobie, jak i pomagając innym, czyli wchodząc w funkcje rodzicielskie, braterskie, przyjacielskie, wychowawcze itp. Indywidualnie i środowiskowo, czyli jako „ja” –XY, a także jako członek danej społeczności (od rodziny, poprzez szkołę, grupę rówieśniczą aż po społeczeństwo i państwo). Jest taka książka pt. „Wiedeń Hitlera”. Opowiada ona o pobycie „bestii” w „pięknym” mieście „nad modrym Dunajem”. Tylko ludzie, z którymi się spotykał przyszły kat Europy i świata, nie byli piękni w moralnym sensie. Również to, co pisali w swoich piśmidłach, piękne nie było. A co powiedzieć o Leninie, Stalinie, Pol-Pocie czy innych? Zanim będziemy oskarżać Pana Boga, że pozwolił zaistnieć tym ludziom, dobrze jest zapytać o naszą, ludzką odpowiedzialność za ich nieludzką formację.
Wracam do pytania: jak po ludzku pracować nad sumieniem? I odpowiadam:

kształcić w sobie zdolność roztropności, żeby nie było: „chcieliśmy dobrze, ale wyszło jak zawsze”. A roztropność łączy się z męstwem, umiarkowaniem i sprawiedliwością – kolejnymi naczelnymi cnotami moralnymi. To uwalnia od strachu, fałszywego poczucia winy. Do roztropnego osądu danej sytuacji dochodzi się przez konkretne kroki. Jakie? Wymieńmy najważniejsze:

  • zawsze szukaj prawdy, życiowej prawdy. Ale jak?
  • pamiętaj o przeszłych doświadczeniach, własnych i cudzych.
  • próbuj rozumieć to, co teraz się dzieje. Nie lekceważ własnej intuicji.
  • zasięgaj rady innych, lecz wybieraj ich starannie np. patrz na ich życie – czy chciałbyś tak żyć? Ale z drugiej strony ucz się na ich błędach,
  • ucz się szybkiej orientacji w konkretnej sytuacji: o co w niej chodzi i jak dojść do pożądanego rozwiązania.
  • Myśl nad tym, co robisz teraz, co masz zrobić w przyszłości i próbuj przewidzieć skutki swoich wyborów ( tu przydatna jest tzw. „inteligencja szachisty”). Wtedy będziesz się uczyć dobierania odpowiednich środków.
  • i wreszcie: bądź ostrożny – nie łudź się, że ze złych środków wynikną dobre skutki!

 

 

Drugi etap pokonują ludzie wierzący. Oni otwierają się na Boga, wierząc, że On jest Autorem Sprawcą dobra. My chrześcijanie (nie zawsze oznacza to automatycznie, że robią to wszyscy ochrzczeni)

  • „wyczytujemy” dobro z Pisma Świętego. A ponieważ nie może nam ono odpowiedzieć na wszystkie pytania,
  • szukamy odpowiedzi u Magisterium Kościoła, czyli papieża i biskupów pozostających z nim w jedności. Setki stron zadrukowano słowami tego nauczania. Jak się w nim połapać? W sprawach moralnych wystarczy zaglądnąć do III części Katechizmu Kościoła. A jeśli to nie wystarczy, znajdziemy tam wskazówki, gdzie szukać szczegółowych odpowiedzi. Jeden przykład: autor jednego z projektów ustawy o „in vitro” powiedział, że Kościół zaniedbał tę sprawę. Tymczasem szczegółowe stanowisko Kościoła w tej konkretnej sprawie zostało zawarte w dokumencie pt. „Dar życia”, który wydano już w 1987 r. Zaś stanowienie prawa państwowego należy przecież do polityków, a nie do biskupów…

 

 

Lecz prawdy o dobru nie wystarczy tylko „wyczytać”. Trzeba ją przyjąć.

  • Temu służy codzienny rachunek sumienia oraz ten okresowy, przed spowiedzią. Lecz i to nie wystarczy.
  • Potrzebujemy Bożej pomocy, czyli łaski. Ona przychodzi przez modlitwę i sakramenty. Chrzest daje nam zdolność wiary, nadziei i miłości. Bierzmowanie je umacnia, dając siedem darów Ducha Św. Spowiedź daje możliwość nawrócenia: dostrzegam własne zło, pokutuję za nie i próbuję współpracować z łaską przez pracę nad sobą. Eucharystia daje mi Jezusa, który mówi do mnie przez Słowo Boże, w tajemniczy sposób łączy się ze mną w Komunii Św. i wskazuje na wspólnotę, jako dar i zadanie. Pozostałe trzy sakramenty uzdalniają mnie do znoszenia cierpienia w chorobie, życia w małżeństwie czy posługi kapłańskiej.

 

 

Oczywiście, nie ma w sakramentach magicznego „hokus pokus”. To nie jest tak, że Bóg robi za mnie wszystko. Nie jestem przecież manekinem. On działa w sakramentach, czekając na moje wolne i rozumne współdziałanie z Nim. On robi „swoje”, po Bożemu, ja mam robić swoje, po ludzku. I to konkretnie, jako ja. Tu nie można lekkomyślnie porównywać się z innymi.

– Sumienie, dokonując wyboru moralnego, może wydać sąd zarówno prawy (zgodny z rozumem i prawem Bożym), jak i błędny, który od tego odbiega (KKK 1786). Jak rozpoznać błędny sąd?

– Beatyfikowany niedawno przez Benedykta XVI, kardynał John Henry Newman trafnie zauważył: „Sumienie ma swoje prawa, ponieważ ma obowiązki (…). Sumienie jest surowym nadzorcą, ale w tym wieku zastąpiono je fałszywką … na miejsce sumienia podstawiono prawo do samo-woli”. I po tym można wstępnie rozpoznać sumienie błędne. Gdy roszczę sobie wyłącznie prawa, a zapominam o obowiązkach. Czy nie jest to głupie? Przecież moje prawa są cudzymi obowiązkami i na odwrót. Pierwszym obowiązkiem sumienia jest poszukiwanie prawdziwego dobra. Jak to czynić, mówiliśmy powyżej.

– Baronessa Marie von Ebner – Eschenbach pisała: „Nic bardziej nie czyni człowieka tchórzliwym i pozbawionym sumienia niż chęć przypodobania się wszystkim.” Czy sumienie nie jest chęcią przypodobania się samemu sobie? Bardzo często pod pozorem sumienia, przy pomocy zwrotu: „nie mam sumienia … jej tego zrobić” (skrzywdzić, odmówić czegoś lub pozbawić), zaspokajając egoistycznie swoje sumienie (uciszając je), nie rozglądamy się wokoło i nie zdajemy sobie sprawy, iż idąc na rękę jednej osobie (np. oddając jej przysługę) jednocześnie krzywdzimy pięć innych osób? Jak wyprowadzić sumienie ze stanu ignorancji?

– Znowu muszę odwołać się do tego, co mówiłem poprzednio. Jeśli sumienie zastąpię fałszywką np. samowolą czy chęcią przypodobania się innym, zwykle się pomylę. Gdyż ani ja sam, ani inni ludzie nie są Bogiem, czyli Prawdziwym Dobrem. W tym sensie sumienie nie może być chęcią przypodobania się samemu sobie. Byłby to bezsens, tak jak twierdzenie: „próbuję być rozumnym i wolnym człowiekiem, czyli chcę przypodobać się sobie?! A kim mam być? Nie mówiąc o tym, że mam się właśnie sobie „podobać”, skoro Bóg stworzył mnie i widział, że to „było bardzo dobre” (Rdz 1, 31). A w języku hebrajskim, w którym zapisano te słowa, dobro i piękno oznaczane są tym samym słówkiem.

Lecz mówimy o ignorancji zawinionej i niezawinionej. Ponoszę odpowiedzialność za swoją niewiedzę, która prowadzi do błędnego sumienia, gdy nie szukam prawdy. A tym samym daję się zniewolić. Czyli nie jestem sobą, człowiekiem. Bo Jezus mówił: „…poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli… Ja jestem prawdą, drogą i życiem” (J 8, 32 i 14, 6). Chrześcijanin zatem ma poznawać prawdę, co więcej, wie, gdzie ona jest.

Lecz po upadku, opisanym w Księdze Rodzaju (rozdz. 3), po wiekach ludzkiej historii, o której opowiada Biblia, ale i książki historyczne oraz nasze własne doświadczenia, nic nie jest proste ani łatwe. Powtórzmy za Janem Pawłem II: „człowiek historyczny… u początków swych ziemskich dziejów znalazł się wewnątrz poznania dobra i zła”. Za Grekami nazywamy to dramatem. I religijnym i moralnym. Możemy więc pomylić się w poznaniu Boga, a co za tym idzie w rozeznaniu tego, co jest dobre, a co złe w konkretnej sytuacji. I to pomimo dobrej woli szukania prawdy. Pamiętam, jakim przeżyciem były dla mnie prowadzone kiedyś rekolekcje w poprawczaku. Niektórzy chłopcy nie byli zdemoralizowani „od wewnątrz”. Tak przynajmniej to oceniałem w czasie prowadzonych z nimi rozmów. Np. problemem było dla mnie, jak przekonać do tego, że kradzież jest zła, chłopaka z patologicznej rodziny, który w wieku 8 lat już został odebrany z takiego domu, a potem rówieśnicy uczyli go, że musi „radzić sobie sam”. I „radził sobie” kradnąc np. kurtkę na pobliskim bazarze. No bo „ja nie mam żadnej, a tam jest tyle…”. Zło czynu było oczywiste, ale chłopak miał przed sobą długą drogę do odkrycia i akceptacji „złotej reguły”.

Albo dziewczyna z poprawczaka, która się prostytuowała w wieku 14 lat, gdyż matka ją uczyła: „ma skórę, niech se zarobi…”. Przerażające, ale prawdziwe. Powiem prowokująco: czy osławione „galerianki” biorą się tylko z patologicznych, czytaj: niekatolickich, nieochrzczonych rodzin?

W każdym razie mogą być takie sytuacje, kiedy ktoś podejmuje błędne decyzje, gdyż jego sumienie jest uśpione albo chore. Choć on sam nie ponosi odpowiedzialności za to (choć do końca ocenić to może jedynie Bóg), zło, które wybiera jest rzeczywiste i niszczy jego samego oraz innych ludzi. Tak więc sąd sumienia może być błędny w sposób niezawiniony. Co więcej, trzeba postępować zgodnie ze swymi przekonaniami. Mówi o tym św. Paweł (Rz 14, 8). Ale warto tu zacytować obecnego papieża, który jako teolog Joseph Ratzinger zauważył: „…winą może być to, że doszliśmy do tak wypaczonych przekonań…”. Winą nas samych, ale też i ludzi, którzy zdeformowali nasze sumienia.

– Albert Einstein ostrzegał: „Nigdy nie postępuj wbrew swojemu sumieniu nawet, jeżeli zażąda tego państwo”. Czy w miejsce państwa możemy wstawić dowolną siłę zewnętrzną: społeczeństwo, organizację, instytucję, pracodawcę, rodzinę, przyjaciół, również Kościół? Co zrobić, jeśli nasze sumienie nie do końca zgadza się z autorytetem i nauczaniem Kościoła? Jeżeli nie każdy zakaz uznaje za uzasadniony lub też jednemu przykazaniu (wśród Dekalogu) przypisuje większe znaczenie niż innym?

– Trudno nie zgodzić się z Einsteinem. Zwłaszcza po doświadczeniach państwowych totalitaryzmów w ubiegłym wieku. Ale nie tylko.
Natomiast drugie pytanie jest ciekawe: czy wszystko, co przychodzi do mojego sumienia od innych jest zewnętrzne, w znaczeniu obce i przeciwne prawdziwemu dobru? Gdyby tak było, życie wspólne byłoby groźnym absurdem. Zaś ideałem człowieka byłby Robinson Cruzoe, czyli rozbitek na bezludnej wyspie. Wydaje mi się, że tego chcieliby dzisiejsi anarchiści. Lecz postulują oni śmieszną sprzeczność: kwestionują porządek społeczny, ale w nim żyją! Przypomina mi się w tym miejscu anegdota z czasów PRL-u. Pyta Żyd rabina: „rebe, czy można budować socjalizm w jednym kraju?” Tak – słyszy odpowiedź – ale trzeba mieszkać w innym kraju”! Wszystkie społeczności czy jednostki nie są wrogimi sumieniu siłami, pod jednym warunkiem. Gdy próbują przełożyć na konkretny język wezwanie: „czyń dobro, a unikaj zła”. Jaki jest porządek tego przekładu, informuje nas chociażby Dekalog, choć nie tylko. Zaczyna się od wartości najwyższych i zmierza się w kierunku wartości najniższych, co nie znaczy, że mniej ważnych. Przy czym obowiązuje tu stała reguła: im wyższa wartość, tym większa wolność jej wyboru. Np. mogę nie wierzyć w Boga i pozornie nic się nie dzieje, ale muszę jeść, bo biologia szybko pokaże mi konsekwencje np. w postaci anoreksji czy śmierci. Więc pozornie państwo, społeczeństwo i jego instytucje mogą niszczyć „bezkarnie” religię i płynącą z niej moralność. Ale w dłuższej perspektywie czasu ujawnią się koszta takiej operacji. Np. w postaci rozpadu więzi międzyludzkich, konieczności opłacania środków państwowego aparatu przymusu. Żeby utrzymać jaki taki porządek. Lecz to nie da wielkich efektów. Przecież system komunistyczny zapadł się jak „czarna dziura”, bo ludzie nie widzieli jego sensu. I tak jest z każdą ludzką cywilizacją (a ile ich już było?), która popełnia tzw. błąd antropologiczny. To znaczy nie rozpoznaje prawdziwego Boga i dlatego posiada fałszywą wizję człowieka. Więc ustanawia niesprawiedliwe prawa, obyczaje itp. Przy czym trzeba jasno zaznaczyć: prawa ludzkie np. ustawy państwowe nie wyczerpują całej moralności. One muszą dbać, aby nie niszczyć tzw. minimum moralnego, bez którego niemożliwe jest życie ludzi.

Natomiast Kościół idzie głębiej. Do nakazów tzw. prawa moralnego natury ludzkiej dołącza moralność płynącą z wiary. Np. prawo państwowe powinno strzec niedzieli jako dnia odpoczynku. Nie może jednak nakazać ludziom chodzenia w niedzielę na Mszę Świętą. Jest to wyłącznie obowiązek tych, którzy wierzą po katolicku. Inni są wyłącznie zaproszeni. Z jednej strony można postrzegać Kościół w szeregu wymienionych tu organizacji, gdy chodzi o tzw. prawo naturalne. Z drugiej, Kościół to coś więcej. To żyjący we wspólnocie ludzi sam Chrystus. Obecny w Kościele dzięki Słowu Bożemu, sakramentom, które dają Jego łaskę oraz ludziom, którzy tworzą Kościół.
Co zatem, jeśli sumienie nie do końca zgadza się z nauczaniem Kościoła? Podobnie było z Narodem Wybranym, w tym także ze słuchaczami Jezusa. Tak samo jest z nami. Co więc robić? Chrystus odpowiadał: „Jeśli kto chce pójść za mną, niech…”. Czyli stawiał na wolny wybór, bez którego nie ma wiary. A następnie na konkretne wnioski płynące z tego wyboru, czyli na życie z wiary, a więc moralność. Oczywiście, poza Maryją, nikt nie potrafi konsekwentnie tak wierzyć i żyć. Zbiór osób niepokalanie poczętych jest jednoelementowy. Dlatego nie da się bez nawrócenia, które trwa przez całe życie. Do bycia chrześcijaninem, „człowiekiem Chrystusa” dorasta się aż do śmierci, a może się komuś zdarzyć, że i po niej (taki przecież jest sens czyśćca).

Lecz przysłowiowy „diabeł tkwi w szczegółach”. I choć nie jesteśmy torreadorami, weźmy „byka za rogi”. Wielu z nas łudzi się, że prawdy wiary to odległa teoria, za to prawdy moralne nas mocno dotyczą i bolą. Śp. ks. prof. J. Tischner, jak to było w jego zwyczaju, czyli żartobliwie, słusznie zauważył, że wierze w Boga najbardziej przeszkadza … miłość do cudzej żony! I tu jesteśmy „w domu”. Gdyż najbardziej „bolą” niektórych z nas (a może wszystkich) prawdy dotyczące seksualności, dziś także bioetyki. Współżycie przed ślubem i mieszkanie bez ślubu (małżeństwa sakramentalnego), antykoncepcja, aborcja, homoseksualizm, sztuczne zapłodnienie, eutanazja itp. itd. Ile jest tych spraw, w których Kościół, a przecież i Pan Bóg jawi się jako „przeciwny człowiekowi, przeciwny dziecku” (jak kiedyś byli łaskawi napisać dziennikarze „Faktu”)? Jakoś nie widzieli sprzeczności w tym, że Kościół sprzeciwia się aborcji, a jednocześnie „in vitro” z tych samych powodów.

Lecz wiara nie może być nierozumna, choć rozum ludzki przekracza, skoro dotyczy Boga. Jeśli więc Bóg myli się w danym przykazaniu Dekalogu, to dlaczego przyjmuję pozostałe? Np. jeśli fałszywe jest przykazanie „nie cudzołóż”, dlaczego prawdziwe miałoby być „nie kradnij”? Jeśli Kościół myli się w tłumaczeniu Dekalogu na konkrety, to dlaczego miałby się nie mylić, gdy uczy o Trójcy Świętej, o Jezusie jako Bogu, który umarł i zmartwychwstał? Czy może ostać się taka sprzeczność?

Dlatego zwykle bywa tak: jeśli nie żyję, tak jak wierzę, szybko zaczynam wierzyć, tak jak żyję. Nie przypadkiem niektórzy bohaterowie „kolorowych pism” czy tzw. celebryci kultury masowej mają takie kłopoty z Kościołem i jego miejscem w życiu człowieka i Polski. Najpierw jednak ich kłopoty zaczynają się w ich życiu osobistym. Szósty mąż trzeciej żony raczej nie będzie wierzył po katolicku. Co nie oznacza, że droga do nawrócenia jest przed nim zamknięta. Lecz problem jest zawsze ten sam: kto do kogo ma się dostosować? Człowiek do Boga, czy Bóg do człowieka?

Oczywiście, powtórzę raz jeszcze: religia i moralność jest dramatem. Czyli wyborem pomiędzy prawdą a fałszem, dobrem a złem, a w konsekwencji pomiędzy życiem a śmiercią. Czytamy w Biblii: „Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście (…). Wybierajcie więc…” (Pwt 30, 15. 19). Na nasze wybory wpływ ma wiele, wiele czynników. Np. ktoś żyje w powtórnym cywilnym małżeństwie, a wcześniej został porzucony przez prawdziwego współmałżonka. I nie dał rady wytrwać w tej przymusowej separacji. Więc jego odpowiedzialność jest tym uwarunkowana. Ale chyba nie dotyczy to wspomnianego szóstego „męża” trzeciej „żony” czy czwartej „żony” siódmego „męża”!

Istnieją więc tzw. grzechy „ze słabości”, ale i grzechy „ze złości”, gdy ktoś odrzuca z definicji Boga i Jego Kościół. Wówczas musi na własne ryzyko iść przez życie, a my modlimy się o jego nawrócenie i jak umiemy, staramy się w tym pomóc. Nie może jednak katolik, który grzeszy „ze słabości” stwierdzić: „nie będę chodził do spowiedzi, bo i tak, choć tego nie chcę, grzech wróci”. Lecz jest to bezsensowne! Bo dla kogo jest spowiedź, czyli uprzywilejowany moment nawrócenia? Katolickie wyznanie grzechów w spowiedzi powinno się zaczynać np. tak: „trudno mi dostrzec grzech w tej sprawie, chociaż wiem, że Bóg określa to jako grzech, a Kościół szczegółowo to wyjaśnia. Proszę mi pomóc”. Pomoc może być zarówno intelektualna, gdy trudności są natury intelektualnej. Jak i życiowa, obejmująca wszystkie wymiary egzystencji. Wtedy wyznanie może brzmieć tak: „Od tylu i tylu lat grzeszę tym konkretnym czynem, mam taką i taką wadę i pracuję nad ich usunięciem. Od ostatniej spowiedzi udało się/nie udało się…itd.”.
I tu jest czas na podjęcie ostatniego pytania z tej serii. Danemu przykazaniu należy przypisać takie znaczenie, jakie ma w Dekalogu, streszczonym w dwóch przykazaniach miłości, a nie takie, jakie ja mu nadaję. I ta kolejność też domaga się mojego nawrócenia. Czyli problemy moralne zawsze rozwiązuje się zaczynając od wiary, której dotyczą trzy pierwsze przykazania. Nie można zaczynać budowy domu od dachu, gdyż bez fundamentów i ścian, nie ma to żadnego sensu.

– Każdy wyznacza sobie własny system wartości, oprócz systemów lansowanych przez siły zewnętrzne. Czasami pewne czyny są powszechnie akceptowane lub po prostu nie są zabronione, zaś przez nas uważane są za niewybaczalne?

– A może problem zawarty w pytaniu znika, jeśli wróci się do poprzedniej odpowiedzi? Rzecz w tym, że prawdziwy system wartości jest prawdziwy, gdy przyjmuję go od Właściwej Instancji. Tego, który stworzył i wie, jak zbawiać. Ja nie jestem Bogiem, ale Bóg stał się człowiekiem, abyśmy byli Boży. W tym sensie jesteśmy ubodzy i jednocześnie bogaci. Jeśli jestem „u–Boga”, jestem razem z Jego Ty, czyli „boga–ty”. Może to karkołomne zabiegi słowne, ale coś w tym jest. Gdyż chodzi w nich o prawdę mojego człowieczeństwa. Stworzonego na Jego „obraz i podobieństwo” (Rdz 1, 27). Czyli nie będę sobą, o ile nie będę z Nim, w Nim i przez Niego.

Dotyczy to także mojej wrażliwości na prawdę, dobro i piękno. Przecież Bóg jest ich autorem. Nasza wrażliwość czy niewrażliwość nie może więc, po pierwsze, być uzależniona od kogokolwiek oprócz Niego. Gdyż może się wykrzywić lub popaść w ruinę. A po drugie, nie mogę mylić wrażliwości moralnej, czyli prawdziwego, prawego sumienia z wrażliwością społeczną (która może być trafna, ale też i zdeformowana), estetyczną czy z moją nerwicą. Najpowszechniejszym przykładem tego pomieszania jest np. spowiadanie się z opuszczenia Mszy św. niedzielnej z powodu choroby… (oczywiście, chodzi tu o chorobę, która wyklucza wyjście z domu). Potrzebujemy zdrowego poczucia winy, gdyż chore poczucie winy pogłębia nasze problemy.

– Mikołaj Gogol swym czytelnikom zaleca: „Jeżeli ktoś chce się koniecznie usprawiedliwiać, niech czyni to przed własnym sumieniem”. Sumienie to jedyny sędzia, przed którym warto się tłumaczyć? Jedyna instancja, o której przychylność warto zabiegać? Na nikim i niczym nie powinno nam tak zależeć, jak na jego opinii i wyrokach?

– Tak, można się zgodzić z tym twierdzeniem, o ile chodzi w nim o sumienie w tym znaczeniu, o jakim mówiliśmy poprzednio. Czyli o sumienie prawdziwe/prawe i pewne. Czyli moje, a więc subiektywne i konkretne we właściwym tego słowa znaczeniu. O co chodzi? Biblia rozeznaje, że we wnętrzu człowieka są dwa bieguny: dobra i zła. Jeszcze bardziej widać to w konkretnych myślach, słowach, czynach człowieka. I dlatego pierwszym krokiem ku człowieczeństwu, które jest mi dane i zadane, jest wybór. Drugim zaś wybór prawdziwego dobra. I dlatego człowiek, w tym jego sumienie, tak potrzebuje Boga. Boga, który mnie stworzył (więc jest bliżej mnie niż ja sam siebie), odkupił mnie (nie zniechęcił się moim pierwszym krokiem i następnymi błędnymi) i zbawia (pomaga mi uczynić drugi krok i następne…tak, abym się nie przewrócił i nie zabił). Dlatego tak warto wierzyć i żyć z wiary. Czyli ufać: nie jestem sam! Dlatego być chrześcijaninem to znaczy: jestem kimś więcej niż o sobie myślę i dlatego mogę więcej niż mi się wydaje. I to jest stawka, o którą chodziło w tej rozmowie o sumieniu! Pozdrawiam wszystkich Czytelników i proszę o modlitwę, obiecując ją ze swej strony.

– Dziękuję za rozmowę.

 

rozmawiała Agnieszka Czernik

 
Sumienie miał czyste, nieużywane

Podziel się

 

Tagi

, , ,

Zobacz także:

 
 

0 komentarzy

Możesz być pierwszy, który rozpocznie dyskusję....

 
 

Skomentuj