To idzie nowe!

 

Z Marcinem Jakimowiczem – redaktorem „Gościa Niedzielnego” rozmawia Agnieszka Czernik

Agnieszka Czernik: Na czym powinna polegać Nowa Ewangelizacja: zdobywamy „nowe rynki” czy odzyskujemy utracone obszary chrześcijaństwa poprzez wtórną ewangelizację? Walczymy z wtórnym analfabetyzmem chrześcijańskim w Europie?
Marcin Jakimowicz: I jedno, i drugie. Z naciskiem na „zdobywamy nowe rynki”. Z wtórną ewangelizacją utraconych obszarów mamy spore problemy. Dlaczego? Ludzie z „nowych rynków” z płonącymi oczyma i rozdziawionymi ustami chłoną przesłanie o bezinteresownej miłości Boga, który by ich uratować wysyła na świat Syna. To dla nich prawdziwe trzęsienie ziemi. A zadowolone z siebie, syte europejskie społeczeństwa nie mają czasu na wracanie do zakurzonych opowieści z katechizmu.

A. Cz.: Jaka jest zawartość przymiotnika: „nowa”? Nie wystarcza sama Ewangelia – Dobra Nowina ?
Jasne, że wystarcza! To przez Nową Hutę używamy słowa „nowa” (śmiech). Od czasu pamiętnej homilii Jana Pawła II w czerwcu 1979 roku, gdy po raz pierwszy użył terminu „nowa ewangelizacja”. Dobra Nowina jest za każdym razem zaskakująca, świeża. Ile razy słowo, które znalem na pamięć i przy którym dotychczas dyskretnie ziewałem podnosiło mnie, gdy leżałem jak zdechlak na ziemi… Św. Augustyn ma rację: to, co mówię, piszę o Bogu… już Nim nie jest. On jest zawsze „nowy”, większy, inny. Duch Święty jest jak wiatr. Jego cechą jest nieprzewidywalność. Przyjdzie jak chce. I kiedy chce. „Kadosh” oznacza nie tylko „Święty” ale i „inny”. „Inny, Inny, Inny” – wołają Serafiny. Znam Jezusa i… nic o Nim nie wiem. Nie przyjdzie do mnie tak, jak zapukał w Płocku do Faustyny, czy w San Giovanni Rotondo do o. Pio. Starałem się Go oswoić, zamknąłem w pudełku moich doświadczeń. Przed tygodniem przyszedł w jakiś konkretny sposób? Dlaczego i tym razem miałby nie wejść tą samą drogą? Na wszelki wypadek pozostawię lekko uchylony lufcik… Tymczasem On zawsze będzie zaskakiwał, Ewangelia (a więc i ewangelizacja) zawsze będzie nowa. Rozmawiam z Olą Sceliną, znajomą, liderką niezwykle prężnej wspólnoty w parafii św. Jadwigi w Chorzowie. – „Olu, Bóg Cię kocha”. Czy te słowa robią jeszcze to na Tobie jakiekolwiek wrażenie? A ona odpowiada: „Robią. Czasami to słowo musi się do mnie przebić, ale przez cały czas mnie zachwyca. Przyzwyczaić, to się już przyzwyczaiłam, ale to nie znaczy, że to słowo mi spowszedniało. Zachwycam się nim każdego ranka”.

A. Cz.: Kto zajmuje się Nową Ewangelizacją? Czy powstają w tym celu jakieś „jednostki specjalne”: ruchy, środowiska katolickie?
Powinni zajmować się wszyscy. Od żłobka do nagrobka. Papież Franciszek wielokrotnie powtarzał, że chrześcijanin powinien być jednocześnie uczniem i ewangelizatorem. To dla nas nowość. Jesteśmy wychowani w atmosferze egzaminów. Nieustannie piszemy jakieś testy, zaliczenia, sprawdziany. I przenosimy to wszystko na sferę duchową. „No, dobra. Zaliczymy, zdamy, będzie w indeksie parafka katechety, możemy ruszać na ewangelizację”. Błąd! Jednym ze słów, które od lat rozkłada mnie na łopatki jest zakończenie ewangelii św. Mateusza „Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił : (..) Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Kogo posłał? Tych, którzy wątpili! Nie duchowych supermanów. Jasne, że powstają „jednostki specjalne”. W ramach diecezji, prowincji zakonnych. Jest ich sporo, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło „nowa ewangelizacja”. Tyle, że ich istnienie nie zwalnia nas z obowiązku „czynienia uczniów”. Nawet, jeśli wątpimy. Naprawdę nie trzeba być złotoustym mistrzem ortografii polskiej, by opowiedzieć o spotkaniu Najwyższego. „Nie przybyłem, by błyszcząc słowem i mądrością, dawać wam świadectwo Boże. Stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem? – czytamy w Dziejach Apostolskich). To w naszej niemocy, ciemności przejawia się Jego siła. Nieustannie wracam do znakomitej homilii biskupa Grzegorza Rysia, który opowiadał: „Gdy spotykaliśmy się z osobami odpowiedzialnymi za wielką ewangelizację Krakowa padało często pytanie, czy już jesteśmy dość mocni, żeby to dzieło podjąć. To nie jest dobre pytanie! Nie jest ważne, czy jesteśmy dość mocni! Pytanie najważniejsze brzmi inaczej: Czy jesteśmy dość słabi, czy jesteśmy w wystarczającym stopniu mali?”

A. Cz.: Czy te wszystkie spotkania i imprezy organizowane pod sztandarami Nowej Ewangelizacji nie wyglądają na przekonywanie przekonanych?
Często niestety wyglądają. Przychodzą na nie ludzie uformowani w ruchach, wspólnotach. „Przekonani”, dla których ewangelizacja staje się kolejnym spotkaniem formacyjnym albo (nie daj Boże!) jedynie towarzyskim. Grozi to kolejnym Towarzystwem Wzajemnej Adoracji, które będzie familiarnie poklepywało się po ramieniu. Zjawisko to widać świetnie na scenie muzyków chrześcijan. Przez lata naiwny sądziłem, że uda się im przeniknąć z przekazem ewangelii do zwykłych zadymionych knajp. Nie udało się. Przed miesiącem w „Gościu Niedzielnym” odbyło się nieformalne spotkanie kilkunastu animatorów sceny muzyki tworzonej przez chrześcijan (genialna intuicja, by wreszcie spotkać się i zrobić coś razem!) . W czasie dyskusji ktoś rzucił: „Słuchajcie, przecież w Polsce nie ma dziś zespołu, który zajmowałby się preewangelizacją to znaczy wychodził na co dzień grać w supermarketach, na skwerach, na skrzyżowaniach ulic. Przecież przed laty koncert drapieżnej, jednoznacznie ewangelizacyjnej kapeli No Longer Music był początkiem nawrócenia Darka Malejonka. To prawda. Nie potrafimy wychodzić z ewangelią na ulice. Chrześcijanom nie udało się przebić ze swą opowieścią (z małymi wyjątkami) do głównego nurtu emitowanej w stacjach radiowej muzyki. Rynek świecki reaguje na tę twórczość alergicznie. Nie usłyszymy w telewizji piosenki, w której pada imię „Jezus”. Znakomity przykład: Natalia Niemen. Odstawiona w kąt przez mainstreamowe media. Powód? Funkcjonuje na scenie muzyków chrześcijan. Wystarczyło jednak jedno wykonanie piosenki „Dziwny jest ten świat” na festiwalu opolskim by posypały się wywiady, propozycje koncertów. Podobnie wyglądają niestety nasze ewangelizacyjne inicjatywy. Przekonujemy przekonanych.
Kursem, który od lat obserwuję i który znakomicie sprawdza się w praniu jest Alfa. „Do serca przez żołądek” – tak to działa. Ci, którzy zarazili się Alfą teraz infekują następnych. Przychodzą, jedzą dobrą kolację i… oglądają film. A w pewnym momencie budzą się jako chrześcijanie. To działa na zasadzie: „podaj dalej”. „Prowadzę działalność budowlaną, rozmawiam z szefem hurtowni – opowiada mi Andrzej Strączek, organizator kursu – Opowiadam mu o Alfie. Jest sceptyczny, to norma. Ale ryzykuje i przyjeżdża na kurs. Efekt? Jutro sam jako dyrektor kursu rozpoczyna prowadzenie nowej Alfy (śmiech). Jeśli ludzie zobaczą w tobie jakiś ogień, zapał, przemianę to – widziałem to wiele razy – zaryzykują. I przyjdą”.

A. Cz.: Niekiedy można usłyszeć lub przeczytać, iż celem rozmaitych wspólnot jest osobiste nawrócenie się i pogłębione przyjęcie łaski chrztu … Bardziej mnie to odstrasza niż zachęca. Po co jeszcze raz chrzest?
Nie doceniamy łaski chrztu. Mimo wielu lat katechezy nie mamy bladego pojęcia o tym, co się wówczas stało. Zostaliśmy zanurzeni. Całkowicie, po uszy. Jesteśmy ukryci w ramionach Ojca, w najbezpieczniejszym miejscu na świecie. Jesteśmy królewskim kapłaństwem. Pastor Kazimierz Barczuk, Żyd pracujący od lat z wyznawcami judaizmu opowiadał na spotkaniu w Chorzowie: „Nas obowiązuje etykieta. Świat będzie ci wmawiał, że jesteś nikim, a jesteś… dzieckiem Króla! Mamy jeść to, co jedzą królewicze. Naszym królem jest Chrystus. On zapłacił bardzo wysoką cenę, by ciebie i mnie wykupić”. Na co dzień nie mam świadomości, że jestem dzieckiem królewskim. Patrzę w lustro i nie odnajduję w sobie Jego rysów. Muszę się więc nawracać (dosłownie; zmieniać myślenie). Każdego dnia. Nie chodzi o pogłębienie łaski, bo chrzest sięga tak daleko, że nie bardzo jest co pogłębiać. Chodzi o odkrycie, że w chwili chrztu zostałem obdarowany całym arsenałem środków, darów, charyzmatów. One już we mnie są, mam cały promocyjny pakiet („tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą” itd…). chodzi jedynie o kliknięcie klawisza; aktywacja.

A. Cz.: Jak zapewnić motywację? Czy przypadkiem za nią nie odpowiada Duch Święty? Może to my, „starzy katolicy” powinniśmy się modlić o nawrócenie „nowych”? Szaweł nawrócił się, bo chciał tego Bóg, nie dlatego, że organizowano nadzwyczajne spotkania w pobliskiej parafii…
Tyle, że Szaweł po spotkaniu „z górą” oślepł. Stracił wzrok, zdolność rozeznania. Nie ruszał się z miejsca. Nic nie jadł, nic nie pił. Klasyczny przykład człowieka w depresji. Zawalił mu się cały świat wartości, które wyznawał. Potrzebował… wspólnoty. Nieznanego nam bliżej Ananiasza, który był posłuszny natchnieniom Ducha. Faceta, który modlił się, usłyszał „odgórne” przynaglenie, wstał i poszedł do Pawła, by nałożyć na niego ręce. Dopiero wówczas Paweł odzyskał wzrok i nabrał chęci do życia. Bóg posługuje się ludźmi. Ananiasz usłyszał: „Idź na ulicę Prostą i zapytaj w domu Judy o Szawła z Tarsu”. Idź na ulicę Prostą. Myślę, że nieprzypadkowo pada ta właśnie nazwa… Głoszenie ewangelii nie jest trudne. Niepotrzebnie komplikujemy tę rzeczywistość przez nieustanne kombinowanie.

A. Cz.: Dziękuję za rozmowę.

 
To idzie nowe!

Podziel się

 

Zobacz także:

 
 

0 komentarzy

Możesz być pierwszy, który rozpocznie dyskusję....

 
 

Skomentuj