Trójca jest w nas

 

Przystępując do pisania niniejszego tekstu mam świadomość, że zarówno nie dysponuję kompetencjami ani miejscem, by choć trochę przybliżyć – i tak dla człowieka niepojęte, co najwyżej muśnięte przez nasz umysł – zagadnienie Trójcy Świętej. Dlatego też rezygnując z systematycznego wykładu, chciałbym napisać o tym, w jaki sposób ludzie uzyskali możliwość spotkania i przebywania w bliskości z Bogiem Trójjedynym. Myślę, że ta wiedza pomoże choć odrobinę w lepszym przeżywaniu chrześcijańskiego życia, będącego życiem Boga w nas.

Obchody roku kościelnego ułożone są w ten sposób, że tydzień po uroczystości Zesłania Ducha Świętego kończącej Okres Wielkanocny świętujemy Niedzielę Trójcy Świętej. Układ ten zwraca uwagę na celowość zbawczego dzieła – Chrystus przez swoją Mękę, Śmierć, Zmartwychwstanie, Wniebowstąpienie oraz Zesłanie Ducha Świętego dał swojemu Kościołowi możliwość spotkania, obcowania, budowania zażyłości z Bogiem żyjącym w Trójcy.

Do momentu Wcielenia człowiek tylko odrobinę poznał Boga, a Ten nie objawiał mu się w sposób tak pełny, tak dosłowny jak w Chrystusie. Prorocy mówili o Bogu zazdrosnym o Izraela, porównywali relację Stwórcy i Narodu Wybranego do związku małżeńskiego, w którym niezasłużona miłość Jahwe odrzucana jest przez niewierny lud (polecam poruszający opis Ezechiela 16, 4-34). Bóg także w swoich planach zawsze był ukazywany jako nieskończenie przewyższający człowieka (Iz 55, 8-9). Księga Hioba jest koronnym przykładem zmagania się starotestamentalnych mędrców z niezrozumiałymi zamiarami Boga karzącego niewinnego Hioba – nomen omen, Hiob – sprawiedliwy cierpiący – odczytywany jest jako liryczna zapowiedź Chrystusa – jedynego Sprawiedliwego, nikt jednak w czasach Izraela nie spodziewał się, że Hiob będzie Bogiem.

Dopiero jednak Objawienie Jezusa Chrystusa pozwoliło na dostrzeżenie dwóch szczególnych aspektów – miłości, która jest całkowicie inna od tego, do czego jesteśmy zdolni sami z siebie, oraz wspólnoty – choć klarowny wniosek o Trójcy potrzebował czasu aby dojrzeć, to intymność relacji Ojca i Syna opisana w Ewangelii Jana budzą ogromne wzruszenie (J 17). Z kolei pragnienie Chrystusa, aby Kościół budował swoją jedność w oparciu o Boską Komunię rodzi oczywiste pytania o kondycję współczesnego Kościoła w Jego wymiarze globalnym i lokalnym – tu mam na myśli nie tylko płaszczyznę parafialną, ale także Kościoła Domowego, rodzinnego.

W jaki sposób Bóg w pełni ukazał swoją miłość do człowieka? Odpowiedź stanowi najoczywistszy fakt, nie tyle dogmatu, co wręcz kerygmatu chrześcijańskiego. Pozwolę sobie jednak jej udzielić. Bóg objawił swoją miłość do człowieka we Wcieleniu Syna, Jego maksymalnym zbliżeniu do człowieka – nie dało się tego zrobić bardziej, niż poprzez zostanie jednym z nas. Możemy więc powiedzieć, że Bóg przez kilkadziesiąt lat bycia człowiekiem dzielił nasz los – cierpiał, czuł zmęczenie, pragnął, podlegał pokusom, podjął się fizycznej pracy, jako rabin był niezrozumiany przez rodzinę, która myślała, że oszalał, zdarzało się także, że przez cuda, które czynił, ludzie traktowali Go przedmiotowo jako przydatnego uzdrowiciela, czy dziwo, z którym warto się zaznajomić. Pewnie wielu z nas może utożsamiać się z Jezusem – człowiek wkłada serce i wszystkie siły w swoją pracę, a w zamian otrzymuje wyzysk i pełne chłodu niezrozumienie. Tego właśnie pragnął Bóg – takiej bliskości z nami. Nie chciał jednak pozostawać razem z nami w naszej beznadziei, którą sami na siebie sprowadziliśmy przez grzech. Musiał więc złożyć siebie w ofierze, aby pojednać nas z Bogiem – aby nadać sens ludzkiemu życiu.

Wiszący na krzyżu Chrystus – wyśmiany i umęczony – jest właśnie żywą ikoną Bożej Miłości. Tak bardzo Bóg kocha człowieka, że stał się człowiekiem i dał się zabić ludziom, dla których przyszedł. Nie jest to objawienie rozumiane jako ukazanie jakiejś cechy Boga, który jest daleko. Jest to prawdziwe Objawienie – Objawienie przez działanie. Chrystus zrobił w tej kwestii najwięcej, jak tylko po ludzku było to możliwe. Ofiarował się za wszystkich zdrajców godnych śmierci – za każdego z nas, gdy wcale nie mieliśmy zamiaru powrotu (Rz 5, 8). Nie ma w tym krzty interesowności, nie ma ani odrobiny naszej zasługi – nie znajdziemy ani jednej osoby, która zasłużyła sobie na życie – wszyscy upadliśmy (Iz 53, 6). Bóg po prostu nas pokochał i chce nas zbawić. Zrobił to przez Wcielenie i Krzyż, aby wskazać nam przykład heroicznej, jedynej prawdziwej miłości.

Drugim aspektem (tak mocno powiązanym z pierwszym) jest wspólnota. Trójca jest wspólnotą miłości – jest inspiracją, ale także źródłem mocy potrzebnej Kościołowi – Ciału Trójcy, jak ujął to św. Cyprian – aby był prawdziwą wspólnotą. Przyznam, że moja głowa nabita pod sam czubek teologicznymi ideałami Kościoła – Communio zderza się z wznoszonym od wieków grubym murem ludzkiej mentalności (nie ukrywam, że również jestem dzieckiem takiego sposobu myślenia). Kto dziś traktuje Kościół naprawdę jak wspólnotę? Kto w ogóle dziś myśli o życiu wspólnotowym? Kościół sprowadzany jest do instytucji (co za fatalne określenie!), podczas gdy ani Kościół, ani nawet hierarchia w swoim zamyśle takiego wymiaru nie ma. Kościół przede wszystkim jest wspólnotą Boga i ludzi biorącą swój początek w inicjatywie Tego Pierwszego. Jest więc miejscem, w którym ludzie, którzy prawdziwie spotkali kochającego Boga obdarzają się wzajemnie miłością, towarzyszą sobie i są sobą zainteresowani… ktoś może mi zarzucić, że popłynąłem, że realia prezentują się inaczej. Umacniają mnie słowa Josepha Ratzingera: Ciągle trzeba traktować Jego słowo jako bardziej rzeczywiste niż to, co nam wydaje się rzeczywistością jedynie obowiązującą: statystyka, technika, opinia publiczna. Głęboko wierzę, że, choć rzeczywistość wskazuje na to, że ludzie nie tworzą w Kościele wspólnoty, to w Bogu trwa ona w jedności. Musimy ją jedynie rozwinąć, wprowadzić w życie – a to, paradoksalnie, dokonać się może wyłącznie przez osobiste nawrócenie, a nie zmianę struktur. Na dodatek ciągle doświadczam jak wielu z nas pragnie prawdziwej wspólnoty i prawdziwej miłości – często jednak szukamy nie tam gdzie trzeba lub pozwalamy sceptykom się uciszyć.

W sposób naturalny, po tak pełnym nadziei opisie, nasuwa się pytanie: skąd wziąć motywację i siły do prawdziwego kochania i tworzenia prawdziwej wspólnoty?

Siłą rzeczy nie mam zbytniego doświadczenia życiowego, ale jednego doświadczyłem już zbyt wiele razy, żeby nadal się łudzić. W ostatecznym rozrachunku nic w tej walce nie wskórają ludzkie metody pedagogiczne i inne triki. Pozostaje nam jedynie wrócić do korzeni, z których pochodzimy. Tymi korzeniami jest Trójca – Boska Wspólnota, która nie jest daleko. Podczas niepozornego wydarzenia jakim jest chrzest Bóg przez wiarę zamieszkał w sercu każdego z nas. On naprawdę JEST! To wielkie pulsujące źródło wszelkiej żywotności, które jest Osobą jest obecne w każdym z nas (Ef 3,17). Przez sakramenty zagnieździło się w nas działające Objawienie Krzyża. Trójca w nas żyje niezależnie od tego, czy tego doświadczamy. To jest prawda, którą każdy z nas musi odkryć, i siłą tego odkrycia stawać się członkiem Ciała Trójcy – Kościoła, który wytrwale, krok po kroku będzie w jednaniu upodabniał się do swojego Założyciela – tylko dzięki temu cały świat uwierzy (J 17, 21).

Michał Tucznio

 
Trójca jest w nas

Podziel się

 

Zobacz także:

 
 

0 komentarzy

Możesz być pierwszy, który rozpocznie dyskusję....

 
 

Skomentuj