Wywiad z ks. Jerzym Serwinem

 

KS. JERZY SERWIN – proboszcz Parafii św. Jan Chrzciciela w Krakowie, moderator diecezjalny Służby Liturgicznej i Ruchu Światło – Życie archidiecezji krakowskiej w latach 2000 – 2011.

 

– Zaczniemy od samego początku. Jak to u księdza było z odkryciem powołania? Czy ksiądz od zawsze wiedział, że chce być księdzem, czy tak to przyszło jakoś później?

– Właściwie to ja nie myślałem o tym, czy ja będę księdzem, czy nie. Po prostu byłem ministrantem, byłem w oazie. Dużo rzeczy robiliśmy przy parafii, formowaliśmy się, modliliśmy – wiadomo, jak to w każdej wspólnocie oazowej. Łączyliśmy tą posługę przy kościele z normalnymi obowiązkami szkolnymi – ja wtedy chodziłem do Technikum Przemysłu Drzewnego w Kalwarii Zebrzydowskiej. Po zdaniu matury, która przypadała na dramatyczne czas stanu wojennego, chciałem iść na architekturę wnętrz. To mi się właśnie podobało, chciałem projektować meble, wnętrza. Ale Pan Bóg tak jakoś pokierował, że ostatecznie wybrałem nieco inną „architekturę wnętrz”.

Mój bliski kolega, z którym łączyła nas głęboka przyjaźń, z którym dużo wędrowaliśmy po górach, złożył papiery do seminarium. Otrzymał susceptę (przyjęcie do seminarium) i kiedy wracał z nią z Krakowa, przyszedł do mnie. Pokazał mi podpisany przez ks. kard. Macharskiego dokument, tą susceptę, o przyjęciu do seminarium i zapytał: „Ty, a ty na co czekasz?” To było swego rodzaju wołanie Pana Boga. Tak to odbieram po latach.

5 lipca pojechałem do Krakowa złożyć dokumenty do Seminarium, ale nie udało mi się zastać księdza rektora. Później pojechałem na oazę – ostatnią oazę jako animator świecki – do Kościeliska, a do seminarium zostałem przyjęty dopiero w drugiej turze. Często, gdy mnie pytano o powołanie, mówiłem, że Pan Bóg nie lubi się powtarzać – dlatego powołanie każdego jest inne i niepowtarzalne. Moje też. Jedna koleżanka z klasy dziwiła się: „Ty do seminarium?”. Ale po chwili dodała – „A właściwie… Czemu nie?” Miałem dużo przyjaciół, lubiłem towarzystwo. Nigdy w moim życiu nie było tak, żebym przegiął, żebym zrobił coś, co by mnie mogło zdyskwalifikować w drodze do seminarium, co by mi ktoś mógł wypominać. No i tak to się jakoś stało.

– Z tą architekturą wnętrz to jednak w pewnym stopniu wyszło – mógł ksiądz tego w jakiś sposób doświadczyć przy budowie domu rekolekcyjnego w Bystrej.

– Pan Bóg realizuje ludzkie pragnienia i ludzkie marzenia. Jednak nie wtedy, kiedy my tego chcemy, ale wtedy, kiedy Pan Bóg wie, że to jest dla nas najlepsze. Takie czy inne moje pasje, takie czy inne zainteresowania, na pewno wynikają z tego, że Pan Bóg mnie takimi, a nie innymi darami obdarował. Ja nawet nie wiedziałem, że takie dary posiadam. Marzyłem o tym, żeby taki dom rekolekcyjny wybudować, ale po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że to jest zupełnie poza zasięgiem moich możliwości, zwłaszcza finansowych. Ale stało się znowu tak, że Pan Bóg pewne sprawy w taki sposób pokierował, że ten dom oazowy powstał. Nie mogę powiedzieć, że to ja wybudowałem ten dom – było wielu ludzi, którzy brali w tym udział, ja byłem, można powiedzieć takim jego animatorem. To praca wielu osób i ich zaangażowania finansowego, zwłaszcza Księdza Kardynała, zaowocowała tym, że ten dom jest i pewnie długo będzie służył. I to jest dowód, że to jest dzieło Pana Boga, nie ludzi.

Inne moje marzenie, które Pan Bóg pozwolił mi zrealizować, było związane z tym, że zawsze lubiłem liturgię, zawsze lubiłem służyć przy ołtarzu, a w seminarium nawet pragnąłem być ceremoniarzem. Jako moderator Duszpasterstwa Służby Liturgicznej, byłem odpowiedzialny za przygotowanie liturgii przy czterech wizytach Jana Pawła II w Krakowie, podobnie przy pielgrzymce Benedykta XVI. To, że przy takich wielkich, historycznych celebracjach mogłem służyć Piotrowi naszych czasów, że mogłem się z nim spotkać kilkakrotnie, także tu, w Krakowie, odbieram dzisiaj, jako niesamowite wyróżnienie i ogromną radość. Z perspektywy czasu to są bardzo piękne wspomnienia. Dużo takich wydarzeń było i pewnie jeszcze tak będzie, że pragnienia, które noszę w sercu, Pan Bóg zrealizuje, jeżeli tylko taka będzie Jego wola.

– Wspomniał ksiądz o roli oazy w księdza życiu. Jak wyglądała posługa animatorska w rodzinnej parafii? Jak w ogóle wtedy wyglądała formacja?

Zostałem animatorem w 1979 roku, otrzymałem błogosławieństwo i krzyż będąc w 2 klasie szkoły średniej. W ogóle wtedy były trochę inne realia – rekolekcje wakacyjne odbywały się w zupełnie innych warunkach, nie było też żadnych wyjazdów w ciągu roku. Prowadziłem grupę formacyjną u siebie w parafii. Moja formacja… Tak właściwie, to ja takiej stricte formacji nie miałem, po prostu była, jaka była. Zresztą dzisiaj też nie zawsze jest lepiej… Ale nawet wtedy, gdy ta formacja jest kulawa, to Pan Bóg sobie poradzi ze wszystkim. To dobrze, jeżeli wszystko jest systematyczne, ale czasami duch jest ważniejszy niż litera. Ważny jest charyzmat i metoda, trzeba uczyć i wychowywać, jak to ma być, ale kiedy człowiek robi wszystko, co może, to nie ma problemu. Pan Bóg pewne rzeczy poukłada w życiu każdego.

– Moja młodość przypadła na inne czasy, stąd też i na inne oazy. Myśmy nie mieli takiego przygotowania jak teraz animatorzy mają. Nie było żadnych kursów, bo było ciężko, żeby przyjechać nawet spod Kalwarii do Krakowa. Ten, kto jakoś działał i został zgłoszony przez księdza, był dopuszczony do błogosławieństwo do posługi animatorskiej. U nas też tak było – pojechaliśmy do ks. Zdzisława Kałwy do Wadowic, on nas zweryfikował, dał nam kartki do błogosławieństwa, no i tyle. Nie kurs wtedy decydował, tylko opinia księdza, który się zgadzał i poświadczał, że w parafii się coś robi dobrego, i tyle. Pewnie, w krakowskich parafiach, to były wtedy większe możliwości, ale poza nim w parafiach było ciężko. Wtedy jeszcze, jak ja byłem animatorem, to normalna nauka w szkole była do soboty. Ja dopiero od czwartej klasy miałem wolne soboty, które wywalczyła nam Solidarność. A tak to się dyndało też w sobotę do szkoły i w niej do godziny 13.00 były zajęcia szkolne. Przylatywałem do domu, nie było wtedy autobusów, więc te 4 kilometry trzeba było przejść i potem po południu szło się do parafii na spotkanie oazowe. Nie było wyjścia, tylko niedziela wolna, i od poniedziałku znowu do szkoły. Wiadomo, wtedy człowiek był młody, nie wiedział co to zmęczenie. To były inne całkowicie warunki. Właściwie kiedy mieliśmy na te kursy jeździć? Z tej racji szkoły animatora mogły być organizowane tylko w niedziele, bo w sobotę się wszyscy uczyli. Rok szkolny też był dłuższy, trwał do końca czerwca. I tak ten czas sobie człowiek dzielił jakoś i służył.

– Jako moderator diecezjalny Ruchu Światło-Życie pracował ksiądz z młodzieżą, pozwolę sobie tak powiedzieć, „pobożniejszą ponad średnią krajową”. Jaki wpływ ma ona na księdza?

– Być moderatorem diecezjalnym Ruchu Światło-Życie to duża odpowiedzialność. Odpowiedzialność w ogóle za dzieło Ruchu Światło-Życie, bo będąc moderatorem uświadomiłem sobie, że jestem odpowiedzialny za charyzmat. To ja mam strzec jego wszystkich założeń, żeby Ruch po prostu był w duchu tego, co zaplanował jego założyciel, ksiądz Franciszek Blachnicki. Wcześniej, będąc opiekunem oazy, bywało tak, że próbowałem na swój sposób „ulepszać” ten charyzmat, pewne rzeczy widzieć po swojemu. Natomiast kiedy Ksiądz Kardynał mianował mnie moderatorem to wiedziałem, że ja nie mogę już nic kombinować, jakichś swoich innowacji wkładać – mam dbać o wierne zachowywanie tego charyzmatu. Wiedziałem, że muszę ten charyzmat jeszcze dobrze poznać, więc najpierw był etap odkrywania go przeze mnie samego, potem etap ukazywania go innym i „zapalania” ich do niego. W ogóle Ruch w tym czasie, kiedy byłem moderatorem, czyli od roku 2000, bardzo szedł w głąb, to był czas odkrywania charyzmatu, tej duchowości i tego bogactwa. Zwłaszcza odkrywania celu Ruchu Światło-Życie, jakim jest zdobycie dojrzałości chrześcijańskiej, ma się objawiać w tym, że każdy, kto przejdzie formację podstawowa w Ruchu, potem czuje się odpowiedzialny za pewne dziedziny życia Kościoła. Kościoła, nie Ruchu, bo oazowicze są dla Kościoła, dla parafii. Odkrycie tego przez Ruch wiązało się z tym, że trzeba było pokazywać wszystkim członkom Ruchu, do czego ta formacja ma prowadzić, że to nie jest tylko fajny czas, fajna forma na spędzenie młodości. To jest pomoc ludziom młodym, na innym etapie dzieciom, na innym etapie rodzinom, dorosłym, w osiągnięciu dojrzałości chrześcijańskiej. A dojrzały jestem wtedy, kiedy podejmuję odpowiedzialność za wspólnotę, czyli po prostu w tej wspólnocie posługuję zgodnie z tymi darami, które otrzymałem. Mówiłem wcześniej o tych darach, które ja odkryłem w swoim życiu. Ja je otrzymałem i odkryłem, ale wiadomo, że one nie są dla mnie – one są dla innych. Jeżeli odkryłem na przykład, że Pan Bóg dał mi ten talent przestrzennego widzenia, no to tym właśnie chciałem służyć. Tak samo było, kiedy odkryłem charyzmat liturgii, kiedy odkryłem jego bogactwo. Między innymi przez to starałem się bardziej służyć. Wydaje mi się jednak, że przez te lata ogromnie dużo sam otrzymałem i doświadczyłem od Pana Boga, Jego łaski i Jego mądrości. I teraz tego doświadczam, że to jest droga do realizacji mojej dojrzałości, która, mam nadzieję, będzie miała kiedyś szczyt w tym, że będę zbawiony. Moja posługa kapłańska ma polegać na pomaganiu innym w uświęcaniu się, nie mogę jednak zapomnieć o tym, że najpierw ja jestem powołany do świętości. Mnie Pan Bóg powołał i mną się chce posłużyć, jako kapłanem do tego, żeby innych do świętości prowadzić. To dopiero z tego mojego powołania do świętości, które jest powołaniem każdego z nas, rodzi się pragnienie i misja do tego, żebym innym pomagał się uświęcać, czyli dążyć ku doskonałości.

– Pełnią tej doskonałości jest właśnie świętość. Tutaj na ziemi ta świętość realizuje się nie tylko przez modlitwę i różne praktyki religijne, ale także przez spełnianie uczynków miłości, przez posługę. Na pewno jednak doświadczenie wspólnoty i spotkanie z różnymi ludźmi, którzy, można tak powiedzieć, rozumieli, o co w tym wszystkim chodzi, pomogło mi wzrastać. Bo to nie jest tak, że kapłan innych ciągnie za sobą. Jak ktoś się dzieli pewnym doświadczeniem, to jego doświadczenie również mnie mobilizuje do czegoś więcej, mnie uświęca. To jest nasza wspólna droga do świętości. Ja nie jestem tym, który staje na czele i mówi „Chodźcie za mną” i idzie na przedzie, na pierwszym miejscu. Nie, to jest coś takiego, że ja staję obok innych i wspólnie z nimi chcę iść. Każdego z nas do czegoś powołał Chrystus. On połączył każdego z nas niewidzialną nicią z Sobą. Każdemu z nas zlecił coś innego do spełnienia, ale On nas prowadzi, dlatego stworzył z nas wspólnotę. I to Jego przewodnictwo jest jedynym realnym sposobem zrealizowania i zbudowania prawdziwej wspólnoty. Inaczej to będzie tylko jakieś kółko wzajemnej adoracji czy po prostu grupka znajomych ludzi, którzy coś robią pobożnego, i to jak mają czas.

– Jakie obowiązki ksiądz miał w diecezji? Bycie moderatorem diecezjalnym Ruchu Światło-Życie, jak wiem, nie było księdza jedynym zajęciem.

– Moje obowiązki wiązały z podejmowaną posługą. Na pewno tą moją pierwszą posługą najbardziej absorbującą w diecezji była nominacja na moderatora diecezjalnego Służby Liturgicznej i Ruchu Światło-Życie. Kiedy w 2004 roku ksiądz kardynał Dziwisz powołał do istnienia posługę nadzwyczajnych szafarzy Komunii świętej, to naturalne było, że skoro jestem od Służby Liturgicznej, to tym też powinienem się zająć. Była też posługa w Archidiecezjalnej Komisji Liturgicznej. Biorąc pod uwagę tylko Ruch Światło-Życie i Służbę Liturgiczną, to samo to było już bardzo absorbujące. To była odpowiedzialność za Służbę Liturgiczną, ministrantów, schole, ministrantów Słowa Bożego, to jest sprawa szkół animatora – szkoły animatora Ruchu, animatorów liturgicznych, muzycznych, ODB, ceremoniarzy. Tych wszystkich sekcji było siedem. Siedem grup, które trzeba było przygotować. Przez nie przechodziło rocznie około 350 osób. Ponadto rekolekcje zimowe, rekolekcje ewangelizacyjne, oazy modlitwy w ciągu roku, rekolekcje wakacyjne… Kiedyś, jak jeszcze zaczynałem, to tych turnusów było koło czterdziestu pięciu, potem było koło trzydziestu. Z wakacjami wiązało się przygotowanie animatorów, przygotowanie ośrodków. No i te sprawy jak pielgrzymka kalwaryjska, dni wspólnoty… To jest tak, że jedno się kończyło, następne się zaczynało.

– I parafia Brata Alberta?

– Rzeczywiście, była też ta posługa, którą podejmowałem mieszkając w Parafii św. Brata Alberta. Piętnaście lat to jest naprawdę długi czasu. Właściwie dwie trzecie mojego kapłaństwa – piętnaście lat z dwudziestu trzech – spędziłem do tej pory na Dywizjonu 303. Zawsze sobie tę obecność bardzo ceniłem. Dlatego, że byłem między ludźmi, że mogłem ludzi spotykać, zarówno w posłudze sakramentalnej, zwłaszcza w sakramencie pokuty, jak i przy rozmaitych innych okazjach. Myślę, że ważną rzeczą jest to, że mogłem ludzi odwiedzać w ich domach. Przez te 15 lat trochę ich odwiedziłem, myślę, że będzie koło dziesięciu tysięcy rodzin. To jest dużo spotkań z ludźmi, wsłuchiwania się w to, czym żyli i jakie są potrzeby, jakie bolączki, jakie radości. Bardzo ważne to było dla mnie, bo dzięki temu nie byłem taki „odrealniony” pracując z taką, można powiedzieć, elitą, najlepszymi spośród młodzieży i dorosłych. Choć czasem człowiek zadawał sobie pytanie: „przecież ci ludzie tyle mają, tyle wiedzą, tyle doświadczyli, a jeszcze czasem taki mizerny owoc tego wszystkiego jest”. Tyle wiedzieli, a jeszcze tak słabo było z tym podjęciem odpowiedzialności.

– Zawsze bardzo ceniłem sobie obecność w Parafii Brata Alberta, także przez to, że miałem kościół, w którym mogłem celebrować Mszę św., do którego mogłem przyjść się pomodlić. Cieszyło mnie to, że mogłem przygotować szopkę, kiedyś przygotowywałem jeszcze Grób Pański. Zawsze to lubiłem. Potem, kiedy zacząłem prowadzić rekolekcje Triduum Paschalnego, już mnie na świętach Paschy nie było w parafii.

– Ma ksiądz jakieś szczególne wspomnienia związane z naszą parafią? Co najbardziej utkwiło księdzu w pamięci?

– Trudno jest odpowiedzieć na to pytanie, było parę bardzo miłych spotkań. Na pewno wielką radością dla mnie były prymicje wszystkich naszych księży, zwłaszcza wspominam prymicje księży Marcina i Krzysztofa, którzy poprosili mnie bym wygłosił im kazanie prymicyjne. To było dla mnie bardzo znaczące. Innym momentem, który na zawsze zapamiętałem, było moje pierwsze kazanie w parafii, które głosiłem na Pasterce 1996 roku. Nigdy później już nie widziałem, żeby ludzie, którzy przybyli do świątyni nie mogli się pomieścić w ławkach i wokół nich. Cały chór był wypełniony, ludzie stali nawet na stopniu komunijnym. Niesamowitym doświadczeniem dla mnie była także peregrynacja obrazu MB Częstochowskiej, to był taki szczególny czas. Niepowtarzalna była ta atmosfera kapłańska (w końcu przez te lata kilkunastu księży się przewinęło). Mogliśmy się poznać, mogliśmy doświadczyć różnych wspaniałych chwil, rozmów. To było bardzo budujące. Plebania przecież ma być również domem dla nas, kapłanów, gdzie normalnie żyjemy. Nie tylko miejscem, gdzie można się przespać i coś zjeść, ale domem, w którym po prostu żyjemy i doświadczamy różnych swoich radości, trudności czy problemów.

– Jest jeszcze taka jedna rzecz, którą mocno zapamiętałem. To był wieczór śmierci Jana Pawła II. Była to sobota, przed Niedzielą Miłosierdzia. Wcześniej byłem pod Kurią, tam się modliłem, miała być Msza święta o północy w intencji papieża u franciszkanów. I tak w międzyczasie wróciłem do parafii, włączyłem telewizor i akurat ogłoszono, że papież nie żyje. W tym czasie sporo osób modliło się w kościele, więc jak to usłyszałem, pobiegłem do nich i taki zziajany, bardzo przejęty, ogłosiłem, że Ojciec Święty, o godzinie dwudziestej pierwszej trzydzieści siedem, odszedł do domu Ojca, tak jak to wtedy powiedzieli w telewizji. I pamiętam, jak taki szloch przeszedł przez kościół. Wtedy odśpiewaliśmy hymn „Ciebie Boga wysławiamy”. To też był dla mnie bardzo znaczący moment. Przypominam sobie także, jak przyleciałem do zakrystii, gdy ogłosili papieża Benedykta. Była akurat Msza święta, ja wróciłem z Duszpasterstwa z Wiślnej, włączyłem telewizor i usłyszałem, że konklawe wybrało papieża. Pobiegłem, więc do zakrystii z wiadomością, że ogłoszono, że papieżem został wybrany kardynał Ratzinger. To były takie rzeczy, które chyba na zawsze mi zostaną w pamięci.

– Jest tego parę rzeczy, a i to pewnie jeszcze nie wszystko – w końcu przez 15 lat wiele się dzieje. A jak to jest teraz? Czy już się ksiądz przyzwyczaił do nowej roli – księdza proboszcza?

– Ciągle jeszcze, gdy słyszę, że ktoś do mnie mówi „proszę księdza proboszcza”, to tak się rozglądam do kogo to, o kogo chodzi. Na pewno doświadczam czegoś takiego, że w naszej polskiej, krakowskiej i tej naszej, parafialnej rzeczywistości, to proboszcz jest traktowany bardzo poważnie, z szacunkiem. Cieszę się bardzo, że jestem tu przyjęty bardzo życzliwie. Powiem nawet, że czasami jestem taki zażenowany, kiedy na przykład osoby, które mogłyby być spokojnie moimi rodzicami, z takim niesamowitym szacunkiem podchodzą. Prawdę mówiąc, oni mi powinni raczej powiedzieć: „No, synu, wiesz, to czy tamto…” Ale tak nie jest i ludzie okazują mi życzliwość, której doświadczam przy rozmaitych spotkaniach w różnych grupach, przy posłudze sakramentalnej czy przez kancelarię.
– Wiadomo, z byciem proboszczem wiąże się także wiele takich trudnych spraw. Na przykład to, że czasami trudno jest rozeznać, kto rzeczywiście jest potrzebującym, a niestety bywa i tak, że na każdą plebanię dużo osób przychodzi z prośbą o pomoc. Z jednej strony nie wiadomo, czy oni są rzeczywiście potrzebujący, czy są to zwykli oszuści i naciągacze. I to jest problem, jak to wszystko rozeznać, żeby temu, co rzeczywiście potrzebuje pomocy, to pomóc, a temu oszustowi powiedzieć „Co ty tutaj robisz?”

– Często się to zdarza, że ktoś przychodzi na plebanię prosić o pomoc?

– Bardzo często! Nie ma dnia, żeby 3-4 osoby nie przyszły, że potrzebują takiej czy innej rzeczy. Prawdę mówiąc, żeby pomóc wszystkim w naszych parafiach, to z ofiar rzucanych na tacę, trzeba by duży procent rozdać tym ubogim, którzy z różnymi prośbami przychodzą. Aż takie są czasami potrzeby ludzi, a wielu z nich nie ma się, do kogo zwrócić. Choć, tak jak mówię, przychodzą też ludzie, którzy są zwykłymi oszustami – naciągają, bo kto jak kto, ale ksiądz powinien pomagać. Ksiądz powinien pomagać, ale potrzebującym. Niestety, czasami ktoś, kto rzeczywiście potrzebuje, może być źle odebrany, więc trzeba mieć naprawdę dobre wyczucie. Także i wiedzę, bo nierzadko ci, którzy wyłudzają, robią to bardzo, można powiedzieć, profesjonalnie, bardzo uważają, żeby się nie dać przyłapać na oszustwie.

– W kazaniu w czasie objęcia kanonicznego parafii wypowiedział ksiądz swego rodzaju expose. Jakie ksiądz ma plany związane ze swoją Parafią św. Jana Chrzciciela?

– Jak to powiedziałem na pierwszym moim kazaniu w Parafii św. Jana Chrzciciela, mam wiele takich pragnień, wiele marzeń – wspaniała liturgia, służba liturgiczna, schola, praca formacyjna z dorosłymi, nie tylko z młodzieżą czy dziećmi. Wiadomo, parafia wymaga różnych dzieł związanych z funkcjonowaniem tego wszystkiego. Przede wszystkim ważne jest to, żeby budować ten Kościół wewnętrzny, wspólnotę. Ale przy tym także trzeba podejmować różne dzieła – mamy tutaj na przykład podjętą kilka lat temu inicjatywę nowych spiżowych drzwi do świątyni, na których będą sceny z życia Jana Chrzciciela. Będą ukazane sakramenty inicjacji, bo nasza parafia ma tożsamość chrzcielną, ale również i pokutną z racji tego charyzmatu, który realizował św. Jan Chrzciciel wzywając do pokuty i nawrócenia, do zawierzenia Panu Bogu.

– Dużo jest takich różnych wspaniałych spraw, będziemy po prostu to wszystko omawiać wspólnie z kapłanami, z radą parafialną i z wieloma innymi ludźmi, którym na sercu leży dobro tej wspólnoty. Będziemy ustalać zarówno program duszpasterski, jak i program, powiedziałbym, inwestorski. Ważną rzeczą jest to, że nasza wspólnota rozpoczęła już przygotowania do świętowania trzydziestolecia erygowania parafii, które było w 1982 roku. Dlatego też w tym roku w adwencie nasza parafia będzie przeżywała misje święte. Potem, w lutym, będziemy mieć w parafii obraz „Jezu, ufam Tobie”, który już po diecezji peregrynuje. W najbliższy odpust planujemy w pewien szczególny sposób świętować, cieszyć się z tego, że nasza wspólnota ma już trzydzieści lat. Nie wiem jeszcze jak to nasze świętowanie nazwać, ale chcemy w sposób bardzo uroczysty jakoś ucieszyć się sobą, zabawić, doświadczyć takiego wielkiego święta całej parafii.
– Została wydana na tę okazję książka „Zarys historii Parafii św. Jana Chrzciciela”, drugi tom, który wydał ks. prałat Grzegorz Cekiera, w którym pokazuje zapis kronikarski tych 30 lat naszej parafii.

– Pięknie dziękuję księdzu za tą rozmowę. Jestem pewien, że dla wszystkich czytelników będzie ona co najmniej tak ubogacająca, jak dla mnie 🙂

 

Krzysztof Bielecki

 
Wywiad z ks. Jerzym Serwinem

Podziel się

 

Tagi

, , ,

Zobacz także:

 
 

0 komentarzy

Możesz być pierwszy, który rozpocznie dyskusję....

 
 

Skomentuj